Swingowis życiae to moja nazwa na życie kolorowe, w którym coś się dzieje. Każde życie może być kolorowe. Wszystko może być kolorowe. My kolorujemy szarą codzienność. Kolorować życie to nie to samo, co wypychać je kolrowopodobnym badziewiem. To odnajdywać sens i radość w codziennych sprawach. Kolorowe nie znaczy łatwe. Ale lepsze od pustki, ucieczki w szarość albo kolorowopodobne badziewia właśnie.

Fundacja Kasisi

Fundacja Kasisi
Zapraszam na stronę cudownej, bardzo mądrze pomyślanej fundacji, pomagającej dzieciom w afrykańskim sierocińcu. :)

poniedziałek, 3 października 2016

Protestuję.

Dawno nic, ale dzisiaj jakoś muszę.
Postaram się krótko i w temacie.

Pogląd na aborcje od lat mam jasny. Napiszę krótko, ale bardzo prosze nie wyłączać okienka po tym akapicie, bo dzisiaj nie tylko i nie tak do końca o tym. (Niemalże?) każdy człwoiek, przy ataku na dziecko, powiedzmy trzydniowe, stanie w jego obronie lub też będzie opowiadał się, za karą dla jego oprawcy.
Niezaleznie od tego, czy dziecko to jest zdrowe, chore, poczęte poprzez gwałt czy pęknięcie gumy.
Nie rozumiem więc, dlaczego temu samemu dziecku można pourywać ręce i nogi tylko dlatego, że ma jakies osiem, siedem miesięcy mniej.

To tyle w temacie aborcji. Co nie oznacza, że nie wysłucham drugiej strony. Mam jednak wrażenie, że wiele argumentów dwóch stron już się niejako "wytarło", że powtarzamy je w kółko i trzeba nam czegoś więcej niż "morderstwo to morderstwo" czy "moja macica" czy "a zgwałcona dzieczynka" albo "a co winne dziecko?" by się przekonać (ba, przekonać, by się wzajemnie WYSŁUCHAĆ bez straty czasu).

Napiszę i dodam tez jedno zdanie, żeby była jasność dla dwóch stron. Nie przepadam za Prawem i Sprawiedliwością.

A teraz do rzeczy. Dwie rzeczy w dniu dzsiejszym wytrąciły mnie z równowagi.
Wkurw i niewiedza.
Wypowiadamy się na temat, którego treścią sa decyzje o tym, czy tysiące małych Jasiów i Małgoś będzie żyło.
Ciekawa jestem bardzo ile osób, które dzisiaj wyszły na ulice przeczytało ustawę, przeciwko której protestują. Ile osób ją zrozumiało. A ile osób wyszło, bo Ziuta powiedziała, że nie będzie można robić badań prenatalnych, bo nam zabronią?
Jak można prostestować w sprawie, której się nie poznało? Na podstawie wypowiedzi innych?
Wychodze na ulicę, bo usłyszałem plotkę?

Druga sprawa. Prostestuję i koniec bo chory kraj, bo średniowiecze itp.
A często, mam wrażenie - prostestuję, bo się wkurzyłem. Muszę więc dać jak najszybciej upust emocjom. I tutaj robi się niebezpiecznie. Prostest to oczywiście forma wyrażenia swojego zdania, jednak tutaj coraz mniej miejsca zostaje nam na merytoryczną rozmowę. Nie ma argumentów, są krzyki, krótkie hasła.
Zdaję sobie sprawę, że w tej sprawie nie ma miejsca na kompromisy. Każda strona będzie zawsze niezadowolona. Ale czy to musi oznaczać zażartą walkę z ludźmi, z którymi żyjemy na co dzień?
Każdy z nas przeciez dobrze wie, że miliony ludzi po obu stronach nie zmienią zdania z dnia na dzień. To co? Mamy chwycić za miecze i stawać na ubitej ziemi?

Podoba mi się, ze biały protest polega na modlitwie.
Nie jestem tylko pewna, czy przekaz nazwy nie jest zbyt ostry ("wy nam czarny, to my wam biały").
Może warto pokazać jednak trochę więcej? Coś w stylu "nie zgadzam się, ale szanuję Ciebie"?
Nie wiem.

Wiem jedno. Protestuję. Przeciwko obrażaniu drugiego człowieka, braku dyskusji i braku wiedzy na temat, na który sie wypowiadamy.


PS: Polecam również tekst Wojtka Teistera. Lubię go, bo kopie trochę głębiej, niż przeciętny facebooczkowy komentator. http://gosc.pl/doc/3070122.Odklamac-projekt-ustawy-antyaborcyjnej

środa, 19 marca 2014

Wstał i zrobił.

Wyglądało to, mniej więcej, tak:
Wokół Ciebie cały, piękny świat. Żyjesz snując swoje plany, marzenia. Na ich spełnienie czekałeś wiele lat, ale teraz, nareszcie, niedługo masz je zrealizować.
Będziesz mieć dom, pracę i wreszcie
nareszcie
będziecie razem. 
Ona jest twoim największym skarbem.
Wiedziałeś to od zawsze, odkąd tylko przyszła na świat byliście siebie przeznaczeni. Nie było i nie będzie innej w twoim życiu – jesteś tego pewien. Kochasz ją całym sercem. Jest wspaniała – mądra, wrażliwa, do tego piękna. Nie pragniesz niczego więcej jak tylko z nią zamieszkać.
W zasadzie wszystko jest już niemal dopięte na ostatni guzik. Wasi rodzice już dawno się porozumieli – ba, jesteście już po Ślubie! Pozostaje już tylko zamieszkać razem i wieść skromne, spokojne, ale bardzo szczęśliwe życie.
Niczego nie pragniesz bardziej. Nie masz wielkich wymagań.
To wystarczy.

Musila wyjechać, pomóc swojej krewnej, ale wróci za parę miesięcy i wtedy już codziennie będziesz się budził u jej boku.
Odliczasz dni do jej powrotu. Na samą myśl się uśmiechasz. Już niedługo.

Wreszcie wraca. I wtedy przeżywasz jedną z najgorszych chwil w swoim życiu.
Jest w ciąży.
Ta, którą kochasz całym sercem, dla której oddałbyś wszystko będzie miała dziecko.
Nie śpisz po nocach,
nie możesz jeść,
martwisz się o nią.
Zabiją ją. Tutaj nikt się nie cacka z takimi, które wracają z brzuchem zanim zamieszkały z mężem.
Wezmą kamienie i będą w nią rzucać aż umrze.
Musisz ją ocalić – nie możesz myśleć o niczym innym.
Jak mam ją ocalić? Jak?
Długo, podczas bezsennych nocy opracowujesz plan.
Ona mówi, że to dziecko jest z Ducha Świętego.
Totalny kosmos.
A Ty jej wierzysz.
Nie, to nie jest ślepa miłość i wynikająca z niej naiwność.
To Głos w Twoim sercu mówi Ci, że to prawda. Ten Głos słyszysz tak wyraźnie tylko dlatego, że codziennie wytrwale go nasłuchujesz. Chcesz GO słuchać.
W końcu postanawiasz ją oddalić, ale w tajemnicy.
Nic się nie zmieniło – to nadal jest Twoja Jedyna.
Zrezygnujesz ze swoich marzeń, nie będziesz z Nią. Za to masz pewność, że będzie bezpieczna, bo Bóg ma wobec niej plan. Nie wiesz, czy Ty jesteś godny czegoś tak wspaniałego, więc usuniesz się w cień.

Wszystko masz już postanowione. Wtedy zasypiasz.
Przychodzi Anioł i mówi, żebyś nie bał się zabrać Ukochanej do siebie.
Godzinami opracowywałeś plan, a kiedy postanowiłeś, jak będzie najlepiej, On przychodzi i mówi Ci, że masz zrobić zupełnie inaczej.
Mało tego – nie przychodzi z oślepiającym światłem, gromami, błyskawicami i innymi cudami.
On Ci się śni.
A Ty rano wstajesz i robisz dokładnie tak, jak Ci polecił.
Dokładnie tak.

Nigdy nie przestanę podziwiać tego człowieka.
Święty Józef to mistrz wytrwałości i modlitwy. Jak bardzo trzeba być zakochanym w Bogu, aby codziennie tak silnie, tak uważnie wsłuchiwać się z Jego głos.
Do szaleństwa.
Szaleństwa, w którym potrafił odłożyć na bok wszystkie swoje plany i marzenia i po prostu wstać i zrobić tak, jak mu się przyśniło (a dzięki codziennej modlitwie mieć w sobie tyle wrażliwości by wiedzieć, że to nie był zwykły sen).
„Zbudziwszy się ze snu uczynił tak, jak mu polecił anioł Pański”.
Wstał i zrobił. Nie leżał i nie użalał się nad swoimi pragnieniami. Wiedział, że jest Ktoś, kto wie lepiej od niego.
Pokochał, zaufał, a więc wstał i zrobił tak, jak chciał Bóg.
Niesamowicie zakochany Człowiek.





http://adonai.pl/modlitwy/?id=13

środa, 5 lutego 2014

sens, cel, luz, blues i regres

Sens i cel.
Na tym wszystko się opera.
W naszych działaniach szukamy sensu, celu. Gdy go znajdziemy - już wiele wygraliśmy.

A ja mam kryzys i regres.
Chwilowo moje pisadełka mi się nie podobają (to dzisiejsze na pewno do takich należeć będzie) - nie widzę w nich takiego sensu jak kiedyś (czy też nie potrafię ich takimi zrobić teraz). Do tego mam regres (mniejszy zasób słów niż za czasów "intensywnej edukacji" - tak w skrócie).
Muszę się rozpisać. Toteż i taki wpis o niczym popełniony zostać musi. (Wybaczcie.)
Regres może i minie bo ostatnio więcej czytam. Sensu szukać trzeba.
No i na całe szczęście
jest potrzeba.
A i nawet czas się znalazł.
Do tego otrzymałam od moich przyjaciół cudowny prezent urodzinowy w formie "zestawu małego pisarza" (zażyczyłam sobie na każda okazję dostać długopis - efekt: masa długopisów, materiały papiernicze i poradnik "Jak pisać" :))))
Tak więc nic tylko pisać.
Rozkręcę się, mam nadzieję, rozkręcę.
Z moich obiecanek cacanek z ostatniego wpisu niewiele wyszło. Trochę jednak czasu na kryzys też trzeba było sobie dać. :)

Nie wiem jak pisać, by nie stać się narzekadełkiem. To jedna z tych rzeczy, która mi teraz w pisaniu przeszkadza. Czasem to pisanie po protu nic nie zmienia - i to boli. Nie da się jednak o pewnych rzeczach milczeć.

Milczeć nie potrafię od kilku dni zwłaszcza na jeden temat. W Afryce giną ludzie. jedni drugich grabią, mordują, gwałcą. Wojna, to rzecz okrutna ale to nawet nie jest na zasadach wojny. Tam mordowani się bezbronni ludzie. Wciąż mam obrazy z "Shooting dogs" czy "Hotelu Rwanda" (dla mnie dwa bardzo podobne filmy - polecam którykolwiek). Opowiadają o tym jak 20 lat temu w Afryce zginęły setki tysięcy ludzi (szacuje się że od 800 tys. do ponad miliona). Jedni drugich wymordowali.
SETKI TYSIĘCY... ONZ nie zainterweniowało by temu zapobiec.
Dlatego krew mi się mrozi w żyłach, gdy słyszę o takich wydarzeniach jak w RCA. Plan dla Polskich misjonarzy, którzy tam przebywają? Ewakuacja. Oto jest pomysł MSZ na rozwiązanie sytuacji. Zostawcie ludzi (niech ich wymordują?) a wy uciekajcie. Dobra rada cioci Stasi.
Nie potrafię tego pojąć, że gdy umierają bezbronni ludzie "nie możemy temu zapobiec". (Oczywiście możemy wysyłać tabuny żołnierzy na wojny).

Wiele, wiele, wiele (a przynajmniej taką mam nadzieję) uczę się w pracy (pracuję jako nauczyciel wspomagający i wychowawca w gimnazjum). Problem w tym, że nie mogę o tym zbyt wiele publicznie pisać. jedno jest pewne - po dzieciach strasznie widać czy rodzice poświęcają im czas i uwagę. Bardzo.

Dzisiaj to są moje luźne, prywatne myśli. Muszę się rozkręcić, rozpisać ten blog.

Zaczęłam czytać Pismo Święte według jakiejś, podobno sensownej, kolejności. Na przykład chronologicznie najpierw powinno się czytać II Księgę Machabejską, a potem I (czy jakoś tak...). Znacie jakieś takie plany czytania Pisma Świętego?

A może jakieś pomysły na "blogowy kryzys"?

Luz, blues i niepoukładane zdania (i tak wygląda to lepiej niż pierwotna wersja w zeszyciku). "Porządek i metoda" to dzisiaj nie mój sposób na wpis.

Dobrego dnia/wieczoru Wszystkim. :)

niedziela, 27 października 2013

Luźne myśli i święci na facebooku

Najpierw luźne myśli. Najwyższy na nie czas bo w życiu nic nie napiszę. (to za krótkie, nie na temat, nie chce mi się, bla bla bla...)
Zmieniłam się. Odkryłam to w tym tygodniu.
Musze przyznać, ze niezależnie od tego, że nie są to tylko zmiany dodatnie - ta myśl mnie pociesza. Zawsze najgorsze dla mnie było dojście do wniosku, że "nic się nie zmienia". Oczywiście mam nadzieję, ze zmiany te jednak ogólnie, w bilansie, są na lepsze. Inaczej guzik warte takie pocieszenie.

Zdobyłam wczoraj na Targach Książki w Krakowie:
- autobiografię Chaplina (jedna z moich ukochanych książek)
- podpis Cejra* na książce dla taty
- utrwalenie powracającej starej miłości... do książek.

Znowu nastał czas... mylenia się mojego co do czasu, jaki mam na zegarku... ze względu na zmianę czasu, której nie uznaję (na moim zegarku pozostaje jedyny właściwy - letni).

...Jednak dzisiaj nie mam zamiaru narzekać. Uśmiecham się nawet do jesieni. To bardzo dużo.
Uczę się, że uśmiech to ważna sprawa. Do drugiego człowieka, do życia. I do siebie. Do siebie, tak. Ważna to sprawa.

Wciąż niestety rysuję siebie z dużą głową.** Może kiedyś będzie inaczej. :)

A teraz o Świętych na facebooku.
Jak już dzisiaj oznajmiłam wszem i wobec (czyli na statusie) bardzo mnie cieszy to, ze mam tylu znajomych, którzy "masowo" zmieniają swoje zdjęcia profilowe. " Na facebooku trwa akcja:
Wszystkich Świętych, nie Halloween!. Zmień zdjęcie profilowe na FB na wizerunek swego świętego patrona, zamiast obchodzić Halloween" (celowo zamieszczam cała nazwę). Pokazujemy światu, że warto świętować życie, nie śmierć.
O tym, że obchodzenie Haloween nie jest nikomu do szczęścia potrzebne, a wręcz niebezpieczne, można by pisać dużo. Jest na ten temat sporo stron informujących o źródłach tego "święta". Oczywiście zwolennicy (czy też "wszystkojednicy") mogą kontrargumentować, że "to tylko zabawa". Ktos mógłby powiedzieć, że wywoływanie duchów, to też tylko zabawa, a jednak ostrzega się (i słusznie!) przed nimi dzieci. Dlaczego z innymi mrocznymi "zabawami" miałoby być inaczej? Tak łatwo mówi się o tym, że trzeba być obiektywnym, a jednocześnie nie bierze się argumentów drugiej strony pod uwagę.
Ja w każdym razie się cieszę, z tej formy pokazania, że mamy coś lepszego, niż Halloween. Zawsze mi szkoda "niewykorzystania" uroczystości Wszystkich Świętych. Przecież to dzień, w którym przypominamy sobie o tych, którzy osiągnęli nasz wspólny (niezależnie od różnic między nami, naszych poglądów na pewne sprawy) CEL - Życie Wieczne. Mało tego - tak bardziej przyziemnie - to dzień, kiedy wszyscy mamy imieniny. ;D To też dzień, kiedy przypominamy sobie, na jak różne sposoby można być dobrym, a więc o tym, że każdy z nas jest wyjątkowy. :) Nie powinniśmy tego mylić z "Dniem Zadumy", zniczami i spadającymi w zwolnionym tempie liśćmi w tle, a cieszyć się, cieszyć się i jeszcze raz cieszyć się, że jest coś więcej niż piach, robaki i zielony kolor skóry pokryty wyschnięta krwią.
Zapraszam Was do przyłączenia się do akcji. :)

Magdalena - jak Maria Magdalena
Marta - (jeszcze nie wiem od której Marty, musze poczytac o nich, pewnie każda była ciekawa :D)
Maria - od Maryi, tak!
Bakhita (czwarte, nieoficjalne)
Budny :)

*Wojciech Cejrowski - ja tak sobie skracam, szybciej się mówi
** według Nory Rozdriguez dzieci, które rysują siebie na rysunkach z dużą głową, przejmują się (pewnie chodzi o to, ze nadmiernie) opinią innych.



poniedziałek, 29 lipca 2013

Rio Na Śląsku

Uwaga, poniższy wpis zawiera wiele informacji "banalnych", oklepanych, słyszanych często być może przez Ciebie wielokrotnie.
"Banały" te jednak maja to do siebie, że czasem któryś zupełnie nagle i niepodziewanie może przeszyć serce.
Ot tak – na wylot.

Ta impreza to świetny pomysł. Jeżeli ie możesz być tam, wykorzystaj epokę internetu i przeżyjmy to w łączności z papieżemgdziesbliżej – w większej grupie, RAZEM. Wspólna modlitwa, słuchanie papieża, zabawa. Wspólnota – to słowo klucz tego typu imprez.

Oczywiście żeby w pełno zrozumieć sens takich spotkań, trzeba w czymś takim uczestniczyć. Ci, którym się to nie udało, maja przed sobą wiele okazji, a być może najbardziej zachęcającą za trzy lata w Krakowie. :)
Dlatego tez nie chcę robić tutaj (poza paroma zdjęciami) dokładnej relacji z "Rio na Śląsku". Chcę natomiast napisać o tym, co moim zdaniem najmocniej wybrzmiało podczas tych dwóch* dni. W myśl zasady: możesz powtarzać coś tysiąc razy, teoretycznie wszyscy (albo bardzo wiele osób) o tym wiedzą, ale pewnego razu do kogoś zupełnie nagle to dociera.

Przede wszystkim na "Rio na Śląsku" bardzo mocno został podkreślony temat głoszenia Ewangelii, a dokładniej sposoby Jej głoszenia. Bardzo się ciesze, z tego przypomnienia, że Słowo Boże głosi się przede wszystkim swoim przykładem, swoimi czynami.
Banał, nieprawdaż?
No więc... niekoniecznie.
Dosyć łatwo można wpaść w "chrześcijaństwo mówione". Takie, w którym chętnie podejmujemy dyskusję, zastanawiamy się jak przekazać Prawdę innym ludziom, bronimy naszych wartości. Wszystko to jest bardzo potrzebne z jednym tylko zastrzeżeniem. Jest DRUGO- a nie PIERWSZOrzędne. Najpierw jest nasza modlitwa i przykład. A o tym często można zapomnieć. Bo pewnie, że się modlimy, pewnie, że staramy się dobrze żyć, tylko tak jakoś trzy razy więcej gadamy niż robimy...

Druga sprawa to radość. Radość z bycie Chrześcijaninem. Rzecz wcale nie taka prosta, bo łatwo ją pomylić z euforią, z tym, że akurat jest fajnie, że piknie grają, słońce świeci i banan na twarzy.

A chodzi tu o inna radość. Taką, która rodzi się z wiary w to, że mój Bóg jest potężny i mnie kocha. A ze mnie jest maksymalna(!) szczęściara/szczęściarz, że o tym wiem. Wtedy to, czy jest fajnie, mniej fajnie, czy w ogóle do bani schodzi na drugi plan. Zmienia się perspektywa. (Tu by można pisać a pisać, więc może innym razem).

Potrzecie konkretne pytanie: jaka jest MOJA misja, moje zadanie? W końcu przezywaliśmy Światowe Dni MŁODZIEŻY. To jednak może być pytanie jeszcze bardziej konkretne dla ludzi w każdym wieku: Jak ja, tu i teraz, mam wypełnić wolę Boga?

Mi "Rio na Śląsku" sprawiło niezły reset mózgu, jakiego i Wam, w Waszym życiu duchowym życzę.
A żeby pokazać coś niecoś jak to wyglądało (świetna organizacja, samo miejsce tez idealne) – kilka zdjęć. :)

Zorba przed sceną :)

Przygotowanie do Mszy Św. - sobota.

Obraz wykonany przez uczestników zapisanych do sekcji plastycznej. :)

Niedzielna Msza Św. prowadzona przez arcybiskupa Wiktora Skworca.

Jak widać Sióstr na Rio na Śląsku nie brakowało. :))

Mecz Polska - "Brazylia". Wygrała Brazylia. ;)

Padłam. :) 

sobota, 20 lipca 2013

Częstsze wpisy mejbi bejbi czyli wyjaśnienie życia

Miały być częstsze, krótsze wpisy. Autorka jednak "poświęciła się" tak bardzo rozważaniom okołożyciowym, jękom i stękom, że najzwyczajniej w świecie załapała doła, a ponadto stwierdziła, że teraz na wiele tematów wypowiadać się nie może. Powolutku jednak idziemy ku "out of the dark" (taką Autorka ma nadzieję) i wpisy z małym opóźnieniem się zaczną pojawiać.
Dzięki wszystkim co polubili stronkę, zapraszajcie więcej jeśli tylko macie ochotę. na razie eksperyment "nie wypala", ale życie jest różne i dziwne więc może być różniście.

czwartek, 30 maja 2013

Marzy mi się...

Ciągle mi się marzy, takie miejsce w przestrzeni internetowej, gdzie można sobie podyskutować. Szczytem tego marzenia, rzecz jasna, byłoby to, że mogłabym takowe miejsce stworzyć (na przykład byłoby tutaj).

Jest oczywiście kilka przeszkód, jak to bywa z marzeniami, które nie od razu stają się rzeczywistością.
Po pierwsze, nie umiem ostatnio dobrze wykorzystać czasu, co wiąże się z tym, że blog powoli zaczyna pokrywać się pajęczyną, więc też brakuje tematu do rozmów.
Z tym można sobie poradzić.

Po drugie - zasięg. Kameralnie tutaj mamy. Znam wprawdzie strony, na których mogę pogadać, tyle że niekoniecznie zawsze na tematy, które mnie interesują. 
Czy z tym można sobie poradzić, zobaczymy. To nie ode mnie już zależy, czy moje przemyślenia dadzą radę pobudzić Was do rozmowy (choć już czasem radę dawały, z tym że prywatnie, z czego się baaardzo cieszę) i jest to pewnie największe wyzwanie - ale o tym dalej.

A więc po trzecie wreszcie powód, dla którego ciężko mi znaleźć takie miejsce także i na stronach odwiedzanym przez większa liczbę osób: my już nie pamiętamy, co to jest dyskusja.
Sporo mamy stron internetowych, gdzie można popisać i pokomentować. Wszystko fajnie, tylko po pewnym czasie zaczyna się tam kłótnia i mądralowanie.
A mi się marzy dyskusja. Taka prawdziwa.
Dyskusja to coś, co buduje, nie niszczy.
Trzęsie mnie, gdy ktoś myli ja z kłótnią. Krew mnie zalewa. (słynny już mój prywatny przykład, kiedy zawzięcie dyskutuję z moją przyjaciółką a ktoś podchodzi do nas i z zatroskaną miną przerywa nam mówiąc "dziewczyny, nie kłóćcie się...").
Dyskusja jest nam potrzebna. Jest szalenie ważna. Nikt z nas nie jest Alfą i Omegą, nie posiada mądrości życiowej przebijającej dorobek ludzkości w takim stopniu, by nie dowiedzieć się czasem czegoś nowego. Żyjemy z innymi ludźmi i każdy z nas przeżył coś innego i W INNY SPOSÓB. Warto wymieniać się doświadczeniami. Tym JEST dyskusja. Wymianą poglądów, argumentów, doświadczeń. Często jest to wymiana zawierająca krytykę, a jakże. Jednak zawsze taką, która zakłada dobro drugiej strony. Taka wymiana, która poszerza horyzonty.
To, czym jest dyskusja. Warto jednak też powiedzieć, czym ona nie jest. Dyskusja to nie:
-kłótnia, okazja do "zbesztania" drugiej osoby, która ma inne poglądy, to również nie wyciąganie z rękawa bezpośrednich ataków na drugą osobę wtedy, gdy brakuje argumentów na poziomie nie dotykającym indywidualnie drugiego dyskutującego.
- nie jest też obraźliwym odnoszeniem się do tego, co dla kogoś jest ważne (bo krytyka to zupełnie inna bajka),
- przekonywanie na siłę do mojego i tylko mojego punktu widzenia, to również nie manipulacja (o tym za chwilkę, bo będzie gwiazdeczka i drobny druczek do słynnego "warto rozmawiać" - które to, samo powiedzenie, bardzo lubię).
- i takie moje prywatne, blogowe/w przestrzeni komputerowo-komentarzowej zdanie, nie musi być podzielane: to otwartość na inne osoby komentujące. Jakoś mnie irytuje dyskusja komentujący-autor artykułu z pomijaniem osób, które próbują włączyć się w temat. Strasznie to destrukcyjnie działa na rozwój dyskusji (po prostu nie wykorzystane zostają inne spojrzenia).

I jeszcze obiecana gwiazdka do "warto rozmawiać". Jak zwykle przepraszam, ale przychodzą mi do głowy zawsze te najbardziej wyraziste, ale i skrajne przykłady. Rozmawiać warto, rozwijać się warto, słuchać innych poglądów warto. Ale nie zawsze. Warunek: to Cię buduje, nie niszczy. Sorry, ale nie poślesz 15 latka (50 latka zresztą też) na spotkanie sekty, żeby sobie posłuchał "innych poglądów", bo "warto rozmawiać". Nie zawsze warto. Bo pamiętać o swoich zasadach i, do jasnej ciasnej, wiedzieć w co się wierzy, w sumieniu i sercu, też warto. A dzisiaj często to jest podważane. "Wszystkiego trzeba spróbować".
A właśnie, że nie wszystkiego.
Jednak, jak wspomniałam, to jest "gwiazdka do". Potrzebny komentarz, ale jednak mówiący o tym, czym dyskusja nie jest (a nie jest zapominaniem o tym, w co naprawdę się wierzy, strachem, że muszę zobaczyć wszystko, spróbować wszystkiego, bo jeszcze coś przegapię).

A z całkiem innej paczki, dokładnie w tym temacie: brakuje mi was. Bliższych i dalszych znajomych. Tych, których znam od lat i tych, których na oczy nie widziałam, ale zdarzyło nam się sensownie pogadać. Tych z bloków obok i tych z rożnych części Polski. Brakuje mi rozmów. Wielu różnych, ale zawsze z szacunkiem, rozmów.
A ponieważ znowu wpadłam w stan "poszukiwań życia" i jest wiosna (nie zima :)) to popróbuję sobie znowu coś tutaj ruszyć.
Robię, a raczej mam nadzieję, że ROBIMY eksperyment. :-)

Na początek pozmieniamy charakter bloga. Częstsze wpisy, na różne tematy. Zaproszenie innych osób do przyłączenia się.
Tylko, że tutaj nic nie uda się bez was. Na razie to mi się marzy dyskusja, to mi się tęskni.
Mam jednak nadzieję, że nie jestem w tym sama.
Że nie tylko mnie boli pochłaniające nas, szeroko rozumiane "ŻYCIE", w którym to nie mamy już czasu na wymianę poglądów, na rozmowę.
Nic się nie uda, jak nie będzie się chciało wam gadać. ;D
Niewiele się też będzie dało zdziałać, jak nie pozapraszamy do dyskusji innych ludzi. Bo im nas więcej tym bogatsze dyskusje a raczej: szansa na rozpoczęcie i utrzymanie się dyskusyjnego charakteru komentarzy pod wpisem.
Dlatego ja zaczynam "robić swoje", a was proszę o pomoc, jeżeli tylko macie ochotę na projekt "Marzy mi się dyskusja". I tak:
- powstanie fejsbukowa (a jakże) strona o blogu, pozapraszajcie luda i poproście o zapraszanie luda i żeby luda zaprosił luda itd. :)
- częstsze wpisy (myślałam o różnych tematach, krótki wpisikach, ale to na razie chyba temat na osobnego bloga, a nie chcesz też stracić tego, co jest moje). A pewnie: nadal będzie dużo o Jezusie, o pedagogice, o różnych przemyśleniach mych. Wszak autorka się nie zmienia. Nie wierzę jednak, że nie macie w tych tematach (albo w innych, tak przy okazji) nic ciekawego do powiedzenia.

- bardzo bym też chciała nie być tutaj mądrującą się "autorką-świętą krową" - ja tez chcę się czegoś nauczyć, też chcę się "poszerzyć" (to akurat to ja prawie zawsze :D), więc wszelkie uwagi (zgodne rzecz jasna z zasadami krytyki i dyskusji pod adresem bloga) mile widziane.

Marzy mi się i mam już tego dość. Marzenia trzeba spróbować zrealizować. Zaczynam eksperyment. Czy się powiedzie? Zależy w dużej mierze od tego, czy to nie jest tylko moje marzenie.
Zależy od Was.

niedziela, 31 marca 2013

Tu i teraz.


Jest we mnie, odkąd otworzę rano oczy. Jest, kiedy myję zęby, kiedy jem śniadanie. W drodze do pracy, w pracy, kiedy wracam do domu. Gdy oglądam film, kiedy jem kolację. Ciągle.

Zaczęło się niewinnie. Może nawet nie pamiętasz kiedy.
Mogło też być inaczej. Tak, że dokładnie pamiętam, jak i kiedy – podjęta decyzja, jakaś fascynacja... Tłumaczę sobie, że nic się nie stało albo że nic się nie dzieje. Mam nad tym kontrolę.

Potem jest trochę gorzej. Pojawia się strach. Ciągły, kłujący. Coraz częściej jest we mnie jakaś złość...
Ale przecież życie toczy się dalej. Ciągle wstaję, jem, pracuję.
Więc to nic wielkiego. Nic takiego. To minie, poradzę sobie.

I nagle któregoś dnia mam dość. Lustro parzy moje oczy. Nie mogę spojrzeć sobie w twarz.
Wmawiam sobie, że jest inaczej. Uprawiam gapienie się w seriale komediowe. Godzinami.
Albo piję. Dużo i często. Wtedy jest trochę lepiej. Chyba. Może.
Czasem dopiero wtedy zaczyna się moja walka. Moja prywatna wojna. Próbuję się zmienić.

Porażka za porażką.

Tyle prób za mną, wszystko na nic.
TEGO się nie da zmienić. TEGO się nie da pokonać. TEGO we mnie nikt i nic nie może pokonać.
Nikt nie może mnie wyciągnąć z takiego bagna.
Mojego najgorszego smrodu, w którym tkwię po uszy. Tak, że już prawie nie pamiętam, jak to było przedtem.
Beznadziejny, niezasługujący na miłość, bez szans na zmianę.
Gdyby nie jeden fakt.


Sobota wieczór. W kościele ludzie już nieco znużeni. Liturgia dzisiaj, delikatnie mówiąc, nieco dłuższa, niż zwykle.

A potem nagle, gdzieś w środku rozbrzmiewa "Alleluja".
Ludzie wychodzą radośni.
Chrystus zmartwychwstał.
I mamy się z czego cieszyć. To dla nas coś oznacza TU i TERAZ.
Tu i teraz,
dla każdego z nas.
Oznacza, że każdy z nas
w tym swoim bagnie,
w tym swoim prywatnym największym smrodzie,
nie jest beznadziejny, bez szans,
ale że jest kochany przez Boga.
I nie ma takiego bagna, takiego gnoju, którego Jezu nie może pokonać.
Nie ma.
Tylko to On to pokona, nie my sami.

Chrystus zmartwychwstał, alleluja!

poniedziałek, 18 marca 2013

My


      Kiedyś miałam marzenie które, niestety, w tym życiu już się nie spełni. Chciałam zobaczyć papieża Jana Pawła II. To był taki "starszy pan", którego od razu polubiłam. Od kilku dni mam nowe-stare marzenie. Znowu chciałabym zobaczyć pewnego starszego pana, który urzekł mnie od pierwszych chwil sprawowania swojej funkcji – papieża Franciszka.

      Wystarczyło mi kilka minut, by tego pana polubić. W ciągu gestu trwającego może około minuty, ten człowiek zrobił przynajmniej trzy ważne rzeczy. Papież przed błogosławieństwem proszący o modlitwę – to jeszcze nie jest niezwykłe, ale papież, który prosi o tę modlitwę tu i teraz po czym pochyla się przed zgromadzonym tłumem – to rzecz niesamowita i bardzo mądra.

      Po pierwsze: papież podkreślił wagę tego, bez czego nas nie ma. Nas - Chrześcijan. Wagę modlitwy. Pokazał jej miejsce, podkreślił, jak wielkie ma dla nas znaczenie.

      Po drugie papież nie tylko powiedział, on od razu zrobił to, co trzeba. Nie mówił jak potrzebna jest modlitwa, ale to pokazał. Nie trzeba było głosić długiego kazania o modlitwie za swojego papieża. Wystarczyło powiedzieć: Módlcie się za mnie teraz. A potem pokazać: a ja, papież, pochylam się przed wami podczas tej modlitwy, tak jest dla mnie, dla nas, ważna!

      I wreszcie po trzecie, dla mnie, bardzo ważne. Pokazanie nam: to nie ja, papież, się modlę, to MY się modlimy. A więc, to nie ja jestem Kościołem, to MY nim jesteśmy. Jestem Waszym przedstawicielem, ale bez was i bez NASZEJ wspólnej modlitwy Kościoła nie ma.
      Ciągle jesteśmy w lesie (i świeccy i księża) z tym, że to nie tylko Duchowni tworzą Kościół, ale świeccy również. Nie chodzi tu o samo bycie we wspólnocie ale o podejmowanie inicjatywy, branie odpowiedzialności. Wciąż wielu z nas nie umie oderwać się od standardowego obrazu typu: my-oni, pasterze – ich owieczki (gdzie zagonią, tam iść trzeba i nie trzeba przy tym za wiele myśleć). To nie tak.

      Liczyłam na papieża, który sięgnie do korzeni, do podstaw Chrześcijaństwa. Do prostoty tego, co najważniejsze (choć nie do końca wiedziałam, co miałoby to oznaczać). Kościół ubogi dla ubogich, z modlitwą tak mocno podkreśloną to bardzo dobry start, dobry program – myślę, że to odpowiedź na moje oczekiwania.
      Potem będzie pewnie tylko trudniej. Tylko, że to nie jest tylko problem papieża Franciszka. On nam pokazał, że my też istniejemy, nie tylko jako tłum, ale jako jego współbracia. To, co robimy, też jest bardzo ważne.
      Nasza modlitwa za papieża, za Kościół, jest ogromnie ważna.



czwartek, 14 marca 2013

Rozemocjonuj się Franciszkiem


      Bardzo lubię, gdy dzieje się coś, co jednocześnie interesuje wielu ludzi. Lubię oglądać Mistrzostwa Świata, Igrzyska Olimpijskie, być na koncertach, które gromadzą wielu ludzi.

      Kiedy wczoraj moja mama, włączywszy telewizor, oznajmiła mi, że wybrano papieża, chwyciłam za komórkę i rozpoczęłam rozsyłanie smsów o treści "Biały dym!". Powody były przynajmniej dwa. Po pierwsze: bo właśnie lubię takie okazje, bo to porusza wielu ludzi, bo to pierwsze takie konklawe, którym się interesuję w taki stopniu, gdzie miałam jakieś swoje opinie i oczekiwania. Po drugie dlatego, że uważam, że tego potrzebujemy. My – katolicy.
      Potrzeba nam tego, by rozemocjonować się tym, co się dzieje w Kościele.

      A więc siedzimy przed telewizorem... Dziennikarz oznajmia, ze jeszcze jakieś 30-40 minut do ogłoszenia papieża. Świetnie, dokończę myć naczynia – wracam do kuchni. Po pięciu minutach mama mnie woła, coś tam się dzieje. Rzucam naczynia (no może nie dosłownie ;)), biegnę do pokoju... a nie, to tylko ludzie krzyczą i machają w stronę kamer – fałszywy alarm. Pół godziny później wciąż tkwimy przed telewizorem. Nic. Co oni tam robią? :) Czy papieżem będzie Włoch? Ci umundurowani ludzie penie na szybko musieli się ubierać i zebrać razem – ludzie na wezwanie. :)
      Odbieram smsy, wysyłam swoje hm... „spostrzeżenia”.
      Krzyczą. O, czyżby to już?
      Zapalili światło.
      No wow. Aż światło. :D
      Kilka minut później nareszcie wychodzą.
      Ponad godzina oczekiwania.
      „Habemus Papam!” - padają jakże słynne słowa. Ktoś później chyba powiedział, ze na Placu Świętego Piotra była euforia. Ja raczej miałam wrażenie, że pierwsza reakcja byłą podobna do tej z 1976 roku. Nastała cisza. Muszę przyznać, że musiałam poczekać na tłumaczenie, bo nie wyłowiłam nazwiska z włoskich słów ( a przynajmniej nie byłam pewna), nie wiedziałam skąd jest papież a to, co było jego imieniem zrozumiałam tak, że pewnie jest z zakon Franciszkanów. ;-)
      Gdy już wreszcie usłyszałam, że to człowiek z Argentyny, kto to jest i jakie przybrał imię, zaliczyłam to, co pewnie wielu ludzi –
      zjazd... dolnej szczeki. :D
      A o tym właśnie marzyłam. Chciałam się zdziwić. Porządnie zdziwić i z lekko zapartym tchem elokwentnie podsumować sytuację słowami specjalnie przygotowanymi na taką okazję: „Ale czad...”.
      Tak też uczyniłam.

      Chrześcijanin to człowiek napędzany wiarą. Tłumacze czasem moim oazowym dzieciom*, że wiara to nasza lokomotywa a uczucia** to wagon. Na samych uczuciach się daleko nie zajedzie. To nie od nich zależy nasza więź z Bogiem.
      Tylko, że to nie tak, że w takim razie uczucia są czym złym. Uczucia są neutralne. A to znaczy, że można je wykorzystać dobrze lub źle.
      To, co jest dla nas niedobre – to skrajności. Próbujemy sobie wmówić, że to w ogóle bez uczuć ta nasza wiara powinna być, czy, że w takim razie obojętność to nic takiego. Z drugiej strony opieramy naszą wiarę na uczuciach jedynie (Pan Bóg jako dezodorant – nie czuję Cię już, Panie Boże, to idę sobie). To oczywiście dosyć trudny temat, bo różne w naszej relacji z Bogiem są etapy, różne poziomy - będzie pewnie tak, że będą uczucia i będzie i tak, że ich zabraknie.
      Człowiek nigdy nie będzie funkcjonował bez uczuć. Byłoby to przerażające. Jak piękny, kwiecisty ogród, któremu odebrało się barwy. Dlatego czemu by nie wykorzystać tych uczuć jako punkt wyjściowy lub też ciągle na nowo nas „budzący” w naszej wierze?

      To, co nam zagraża, to obojętność. Świetnie to, niestety, obrazuje widok ludzi śpiewających "Alleluja!" na niedzielnej Mszy Świętej. Obojętność grozi naszej wierze tak samo jak przecenianie wartości uczuć.

      Dlatego nie bójmy się czasem zrobić szoł ( w dobrym tego słowa znaczeniu). Poinformować innych z płomykami w oczach, że yyyy! Franciszek już w 12 godzin po wyborze wyjechał z Watykanu! Rozemocjonować się jego imieniem. Przyłączyć się do grupy na facebooku "Franciszek" bo tak. Po prostu, z radości, że mamy nowego papieża. Tu nie chodzi o nowy rodzaj portal plotkarskiego i paplaniu bez sensu o Kościele. Tu chodzi o pobudzenie zainteresowania. Pokazanie czy uświadomienie sobie, że to jest dla mnie ważne. Dania sobie szansy przez pobudzenie ciekawości, by stało się jeszcze ważniejsze.

      Bóg postanowił sobie, że zbawi człowieka, ale nie samego.
      We wspólnocie.
      To jest nasza wspólnota, w której zostaniemy zbawieni, a to wystarczający powód by się nią i tym, co się w niej dzieje rozemocjonować i potem, mam nadzieję, dzięki temu – zaciekawić.A od tego już zawsze bliżej by żyć z Kościołem.

      Rozemocjonujmy się Franciszkiem,
      rozemocjonujmy się Kościołem. :)

      (Więcej w następnym wpisie. :))


      *Tak, ja wiem, że to młodzież jest, ja tak mówię :)
      ** Tu jeszcze jest podział na emocje i uczucia. Ja piszę w znaczeniu potocznym czyli to, co się w nas "rodzi", powstaje, co odczuwamy. 

sobota, 15 grudnia 2012

W Królestwie Zarazków


      Pewne sprawy czasami dobrze jest potraktować z przymrużeniem oka. :) Zaczęłam pracę w przedszkolu, w samym środku jesieni, która w dodatku miała skoki temperatur. W takich warunkach, niełatwo o odporność... ;)

      Za górami, za lasami, za Krainą Zdrowia i przed Krainą Lekarstw leżało Królestwo Zarazków. Rządził nim Król Wszystkich Zarazków, z pomocą swojego wiernego asystenta Lejeznosa. Tego dnia Król Wszytskich Zarazków jak zwykle pojawił się w swojej sali, aby zarządzić, jakie to dzisiaj zarazki pójdą do pewnej osoby. Zwrócił się więc do swego asystenta:
      Lejeznosie, sprawdź mi proszę historię choroby tej "studentki", z ostatnich trzech miesięcy. Nie chciałbym się powtarzać przy takiej okazji.
      - Mam przy sobie stosowne notatki, Mości Zasmarkany Królu, proszę pytać.
      - A więc... zapalenie zatok było?
      - Tak jest, Królu, było.
      - Naderwanie mięśni było?
      - Tak jest, Królu, było.
      - Jelitówka była?
      - Tak jest, Królu, była.
      - Hm... to może... jakieś przeziębienie, grypa, z katarem lejącym się jak z kranu...?
      - To też było Wasza Zakichana Wysokość.
      Król zarazków zamyślił się. Dla absolwentek tuż przed obroną, a taką własnie była Magda, najlepsze były te najbardziej pospolite choroby,a tu kończyły mu się możliwości. W dodatku nie lubił się powtarzać w takiej sytuacji...
      - Rozumiem że wszelkie rodzaje kaszlu też już były?
      - Tak, Królu.
      - A takie zwykły ból żołądka, co to niby nic Ci nie jest a nie umiesz stać prosto?
      - Też już był, Królu.
      - Jasna cholera! To może zapalenie spojówki, cokolwiek z okiem.
      - Też już było, Królu.
      - Ach, niech stracę. Niech będzie zwykła gorączka, tak sobie, bez innych dolegliwości.
      - Obawiam się, że to też już było, Królu.
      - Angina?
      Lejeznos zaczął kartkować swój notes...
      - Była... ale w czerwcu.
      - Silna, z gorączką? - Król ożywił się, wreszcie coś się nie powtórzyło.
      - Nie. Dała sobie rade nawet bez antybiotyku i w sumie nie było gorączki, wyobraża sobie Król?
      - W takim razie niech tym razem będzie taka z z gorączką, porządna! Wyślij stosowne zarazki. - zarządził Król i odszedł. Musiał odpocząć po tak ciężkim przypadku. Po południu przecież musi jeszcze wymyślić chorobę dla pięcioletniej Julii i przyczynę bólu kolana piętnastolatka. Ech, niełatwe jest życie Króla Zarazków, tyle obowiązków...

sobota, 1 września 2012

Znowu to samo.

Igrzyska trwają czwarty dzień a my mamy dwa medale. Pierwszy zdobyła Anna Harkowska (srebro) w kolarstwie, drugi zdobył kulomiot Karol Kozuń (również srebro). Serdeczne gratulacje!!

Brak mi słów na to, jak po raz kolejny nawaliła TVP. Czym są słowa, mówione zapewne także w tej telewizji, o tym, jak to jesteśmy równi? Zresztą to już tak trochę jest (nie wiem czy zawsze było), że taki wstyd to tylko u nas. Wyczytałam, że Igrzyska Paraolimpijskie transmituje 100 krajów. I dobrze, może wreszcie jak już wielce zostaniemy jedynym zacofanym (a jakże!) krajem, to coś w tych dziennikarsko-telewizyjno-zarządowych mózgach zaskoczy. Wstyd!

Dwa lata temu, gdy podpytywałam znajomych, czy chcieliby widzieć relację z Igrzysk Paraolimpijskich (wpis Paraszacunek), wielu odpowiedziało, że tak. Na szczęście internet nie nawalił i już po wystukaniu w googlach zapytania o transmisje na żywo, pokazuje mi się odpowiednia strona polecająca z kolei tę stronę. Można tam obejrzeć zmagania sportowców.
Sportowców tak samo walecznych i zasługujących na uwagę i doping  jak Ci sprzed miesiąca.


czwartek, 23 sierpnia 2012

Bo chcę.

Kazanie było nudne i za długie. Piątkowo kiełbasa smakuje najlepiej. Kościół popsuty sam od środka a nam wiecznie coś każe. Bierzmowanie mieć trzeba, bo będzie problem ze Ślubem. I mama będzie krzyczeć. Jak byłam na Mszy w sobotę wieczór to już w niedzielę nie muszę - spokój, wolne. Trzeba iść do spowiedzi, bo Święta.

Katolicyzm.
Katolicyzm bo trzeba, wypada, bo Kościół/mama/babcia każe.
Katolicyzm, w którym zgubiło, ot zawieruszyło się gdzieś to, co najważniejsze i to, co najpiękniejsze.
Miłość.

Chrześcijaństwo jest cudowne i wyjątkowe, bo jest religią miłości. Miłości nie do rzeczy czy jakiegoś zjawiska, ale do DRUGIEJ OSOBY. To raz.

Dwa: Ta Osoba jest naszym Bogiem. A to znaczy, że jest wszechmocny i wszechwiedzący. Czyli wie, co jest dla nas najlepsze i tego dla nas chce. Jest samą miłością. Kocha nas do szaleństwa.

Kto zrozumie (zrozumie, a nie tylko dowie się) te dwie rzeczy nie będzie miał już problemów typu te, które wypisałam powyżej. Znikają, a przynajmniej bledną w obliczu tych dwóch faktów.

Miłość, ta najpiękniejsza rzecz na świecie to... nasza decyzja.
Nie kocha się bo "tak trzeba" albo bo "na demotywatorach tak jest napisane".
To jest "naturalne dobro", które trzeba sobie... samemu postanowić - trzeba CHCIEĆ KOCHAĆ.
A naturalne jest, ze człowiek kocha, gdy jest kochany. A każdy jest kochany przez Boga. I dzięki temu my chcemy kochać Boga i siebie na wzajem.
Wszystko.
Całą idea chrześcijaństwa.
Nic więcej.

Wtedy kazanie może być nudne, ale to nie jest najważniejsze.
Liczy się to, że przyszłam do Osoby, która mnie bezgranicznie kocha i mogę się z Nią spotkać.

Piątkowa kiełbasa może być najsmaczniejszą rzeczą, która kiedykolwiek w życiu jadłam, ale to nie jest najważniejsze.
Liczy się to, że w tym dniu ktoś, Kogo kocham umarł za mnie i chcę to wspomnieć. Mogę poświęcić coś dla Ukochanej Osoby, która w ten dzień poświęciła dla mnie życie.

Kościół mi każe chodzić na Msze? Nie musi! Ja kocham, więc jestem.

Jeżeli jesteś katolikiem, bo wypada i ktoś Ci każe nim być, to zgubiłeś to, w co mówisz, że wierzysz.
Katolik chce, sam - z własnej woli - kochać Boga.
To jest religia relacji miłości Boga do ludzi, ludzi do Boga i, wynikającej z tego, miłości ludzi do ludzi.


środa, 8 sierpnia 2012

Witam

Blog po przenosinach, większość starych postów umieściłam. Może też zachęci mnie to do pisania. Miotałam się gdzieś między częstszym pisaniem o codzienności a refleksjami życia od wielkiego(?) dzwonu. To pierwsze to na pewno nie moja bajka, choć trochę codzienności (albo przynajmniej regularności w postach) by się przydało. A zobaczymy, co z tego wyjdzie. Na razie polecam ponownie post "Paraszacunek" - znowu jest "na czasie".
Zapraszam.

Zapal się na niebiesko


Kościół, cisza. Słychać jedynie słowa wypowiadane przez księdza. I nagle krzyk dziecka:
-Dupa, dupa, dupaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!!!!!
Rodzice próbują je wyprowadzić, szarpie się, nie przestaje:
-Duuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuuupaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!!!!
Autobus. Ścisk. Dziecko uparcie kręcące się w kółko. Obija się o ludzi, śpiewa piosenkę na cały głos.
Supermarket. Dorosły meżczyzna stojący przed drzwiami, próbuje wejść, podchodzi do drzwi. Jednak kiedy te rozsuwają się na boki odsuwa się do tyłu wystraszony, wpada na przechodnia. Podejście drugie – zbliżenie się do drzwi, rozunięcie się drzwi, odskoczenie… Podejście trzecie…
Pogardliwe, zdenerwowane ludzkie spojrzenia. Cóż za niewychowane dziecko, co to za rodzice, żeby mu tak na wszystko pozwalać, co to za świr, może coś wziął?
Właśnie po to jest ta akcja. Nie po to, żeby pożałować biednych autystycznych dzieci, nie mając nadal pojęcia, o co właściwie chodzi. Po to, żeby próbować brak zrozumienia zastąpić świadomością i wiedzą. Wiedzą, że autyzm to nie brak wychowania, nie kaprysy dziecka. Akcja „Zapal się na niebiesko dla autyzmu”.
„Ogólnoświatowa akcja została zapoczątkowana przez amerykańską organizację Autism Speaks, jest akcją ogólnoświatową, a jej celem jest zwiększanie świadomości na temat autyzmu i problemów z jakimi spotykają się osoby z autyzmem. W 2011 roku ponad 2000 budynków w 180 miastach 48 krajach na świecie zmieniło swój kolor na niebieski, jako gest solidarności z osobami z autyzmem. „
Ubrać się na niebiesko, powiedzieć ludziom, czym jest autyzm, samemu się dowiedzieć. Wielka akcja, nasze małe gesty. Tak powolutku można próbować pomóc komuś zrozumieć i być zrozumianym.

"Kosmici" pytają: Dlaczego?


Otaczają mnie "kosmici". Nie to, żebym chciała kogoś obrazić. "Kosmici" wyglądają tak, jak my, ale ewidentnie nie są z tego świata. To niemożliwe, żeby byli. 
Od ładnych paru miesięcy moja kumpela szuka pracy. Wykształcenie: wyższe licencjackie. Rozmowy kwalifikacyjne w sklepach. Rodzaj zadawanych pytań:
- Dlaczego chce Pani pracować AKURAT w naszym sklepie?
- Dlaczego cjce pani pracować w sklepie, skoro ma Pani wyzsze wykształcenie z ..... [branża nie "sklepowa"].

Hm... No niech pomyślę.
Zapewne dlatego, że na wyciagnięcie ręki (trzymającej moje cv) mam pracę w swoim zawodzie, tylko stwierdziłam, że to nie uchodzi, żebym tak od razu do niej poszła. Popracuję sobie trochę na kasie, to będzie taka miła odskocznia od tych wszystkich sesji.
Poza tym chcę zarabiać trochę mniej niż powinnam, jeśli to możliwe. 
W ogóle to nie potrzebuję jeść, nie liczę każdego grosza, rachunki mam popłacone.
Wersja 1: Bo wie Pan/i, moi rodzice przez ostatnie trzydzieści lat pracowali, tzn. przynajmniej jeden z nich. Na pewno mają megaoszczędności, zawsze mi dadzą, na co tam chcę.
Wersja 2: A w ogóle to ja pieniądze biorę z lodówki. Otwieram i zawsze się tam coś znajdzie, wie Pan/i?
Ależ oczywiście, ze miałam pełno ofert z inncyh sklepów za lepsze pieniądze, lżejszej i mniej stresującą pracy. Jednak od zawsze marzyłam, żeby pracować TUTAJ. Na pewno jest tu najlepsza obsługa, wszystko jest najlepsze. Zdecydowanie.

Na jakim świecie żyją niektórzy potencjalni pracodawcy?
Maja164 (15:31)

Wielka decyzja po wielkiej decyzji


Do wpisu poprzedniego.

W tym budynku uczą się najmłodsi.
Zdrowi i nie.
Przedszkole specjalne z oddziałami integracyjnymi.
Jest tutaj kilka sal, kilka różnych grup. Starsi i młodsi niepełnosprawni intelektualnie (stopień umiarkowany), odziały integracyjne w różnym wieku i grupa dzieci niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu głebokim*. Tam dzisiaj trafiamy – trzy studentki.
Nareszcie.
To – patrząc pewnie okiem większości – najtrudniejsza grupa. Zadanie główne – nie dopuścić by dzieciom stała się krzywda. U wielu osób takie odwiedziny, czy początki pracy powodują jedną reakcję – płacz.
Są dzieci, które tylko leżą. Trudno czasem zdiagnozować czy widzą, czy słyszą... Są chodzące, które na przykład w każdej chwili mogą połknąć cokolwiek.
Cisza. Straszna cisza. Czy może po prostu straszna niemożliwość zwykłego porozmawiania z tymi dziećmi.
Są tu dwie panie. Jedna nam opowiada o tym miejscu, tej pracy. To właśnie o niej mogę powiedzieć: NARESZCIE.
Jest pogodzona z tym, że te dzieci są takie, a nie inne (czy – że są takie dzieci na świecie). Widzi sens w swojej pracy. Nie mówi, że jej zawód jest najtrudniejszym ochem-achem na naszej planecie.
Właściwa osoba na właściwym miejscu. Nie, że ma łatwo. Wie jednak po co jest, tam gdzie jest.


Terapeuci, kiedy zaczynają pracę (lub może już na studiach/praktykach) i widzą, że im nie idzie, że sobie nie radzą, mają trzy wyjścia:
1.Poradzić sobie z trudnościami (ze sobą)
2.Zostać i jęczeć – i pewnie źle/gorzej niż by się mogło pracować
3.Odejść
Niestety wiele osób wybiera opcję drugą. To niestety też jest powodowane różnymi rzeczami. Pamiętam, że zawsze się dziwiłam wspomnianej fizjoterapeutce, że czemu nie pójdzie do sklepu bułek sprzedawać (skoro narzekała na wszystko w swojej pracy, to może w innej znajdzie coś, na co narzekać nie będzie). Mam teraz do tego ambiwalentny stosunek bo wiem, że i o pracę przy sprzedawaniu bułek niełatwo.

Dobrze jest, moim zdaniem, zrobić sobie furtki – nie bać się zmiany, gdy widzimy, że jest źle. W pracy nie odpowiadamy przecież tylko za siebie – także za innych. Każdemu może się przydarzyć, że choćby nie wiem ile myślał nad wyborem drogi życiowej, wybierze źle. Pytanie tylko, co z tym zrobi – czy będzie brnął w to dalej, mając żal do siebie, do świata, czy spróbuje sobie z tą sytuacją poradzić – w zależności okoliczności i swoich możliwości – zmieniając swoje podejście lub odchodząc.




*Nie wiem czy to jest poprawne, ale słowa "upośledzony" nie powinno się już używać, a jeszcze w skalach go używają, więc napisałam tak. Wyjaśnienie dlaczego nie "upośledzony" tutaj -> http://pl.wikipedia.org/wiki/Niepe%C5%82nosprawno%C5%9B%C4%87_intelektualna#Terminologia

Kosztowne terapie i kosztowne "terapie"


Spędziłam na szpitalnych oddziałach około półtora roku. Z tyłu. Jako studentka. Niedużo – w odpowiednich miesiącach po kilka, kilkanaście godzin w tygodniu. W innych wcale. Niektóre godziny to tylko słuchanie wykładów, oglądanie zdjęć. Postawiłam na nogi kilkunastu czy kilkudziesięciu pacjentów (dosłownie, nie że tam długofalowo), pospacerowaliśmy, jak się dało. Przeprowadziłam trochę wywiadów, pooglądałam różne "przypadki" chorób.
Wymiękłam.
Fizycznie i psychicznie, choć psychicznie raczej z innych powodów niż cierpienie pacjentów.
Powody zresztą zostawmy. Wymiękłam i już.
Fizjoterapeuta to zawód szeroki, poza szpitalny również, na szczęście. Twierdząc więc, że to świetny kierunek, odłożyłam go na bok.
Myśl, że musiałabym wrócić na dwa (tylko) lata do szpitali i znowu się tam uczyć, a i też marnować czas (system, o którym już pisałam – 5 tysięcy ortopedii – na każdej to samo itp.), a także kilka innych studiofizjoterapeutycznych myśli mnie przeraża.
Czy szkoda mi? Tak. Szkoda. Zawsze chciałam być przede wszystkim fizjoterapeutką, więc to z tej specjalizacji, kierunku, chciałam mieć przede wszystkim tytuł magistra.
Czy żałuję tej decyzji? Nie. Teraz nie.


Dawno temu (czyli 3 lata) rozmawiałam z pewną szpitalną panią fizjoterapeutką. Zapewniła nas (studentki), że zarobki są do bani, praca jest do bani i w ogóle. Dwie młode, przyszłe fizjo, sięgnęły więc po argument ostateczny.
-Ale jest przecież zawsze ta satysfakcja, że pomagamy pacjentowi.
-Ja już chyba jestem wypalona zawodowo bo mam to gdzieś. - padła odpowiedź.
Pani jest miła dla pacjentów, ale nie wydaje mi się, by sumiennie wykonywała swoją pracę. Nas, studentki, przywitała wtedy stwierdzeniem, że "nie myślcie sobie, że mi za to płacą", że nas uczy. Uczy, to znaczy nieprzyjemnie zwraca nam uwagę, gdy robimy coś źle. No bo jak możemy się nie zorientować, że coś należy zrobić tak a tak (logiczne, że powinno się wiedzieć, skoro się przyszło nauczyć).


Trzeci rok studiów Pani oligofrenopedagog karmi podopiecznego. Jedną ręką trzyma jego ręce, żeby nie wytrącał łyżki. Drugą trzyma łyżkę z jakąś kaszką i "ładuje". Ma nam opowiedzieć "coś". Więc mówi, ze oligofrenopedagog to ciężki zawód.
Dziwi się, że podyplomówkę z oligo można robić już po licencjacie. A że w ogóle z takiego kierunku jak oligo jest licencjat. (och, ach, phi)


Koniec trzeciego roku studiów. Sala ćwiczeń. Troje dzieci, każdym opiekuje się (?) jedna fizjoterapeutka.
Pierwsza z pretensją oznajmia swojej podopiecznej:
co miałaś zrobić? Miałaś WYJŚĆ z koła. To co tak na mnie patrzysz? WYJDŹ z koła. No.
Pytam, co jest dziewczynce.
Podejrzenie autyzmu.

Obok mnie ćwiczy jakiś chłopiec, powiedzmy Dominik. Ćwiczy, ale niedokładnie. Siedzę, przyglądam się. Nagle...
- D  O  M  I  N  I  K  !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Nie, to nie był podniesiony głos.
To był wrzask.
Mało co nie dostałam zawału. Ciekawe, jak dzieci. Zapewne ćwiczenia fizyczne będą kojarzyć im się z zabawą, ewentualnie z obowiązkiem, ale poprawiającym ich stan zdrowia.
Pytanie tylko, którego...

Dominik nie lubi, powiedzmy, szelestu gazet. Zostaje więc postraszony, że pani idzie po gazety. Ze łzami w oczach mówi, że już będzie ćwiczył.

Z trzecią dziewczyną nie ma problemów.
Tylko czy powiedzieć to o dziecku, czy raczej o terapeutce?


Z perspektywy ostatniej sytuacji tym bardziej nie żałuję wyboru "dorabiam pedagogikę, zamiast robić jedynie fizjoterapię".
Są rzeczy oczywiste, takie jak ta, że po dzieciach nie należy się wydzierać tak, żeby aż chciało się płakać i niemalże dostawało się zawału.
Jednak są też mniej oczywiste, jak ta, że dziecko autystyczne na taki krzyk mogłoby się w ogóle wycofać i cała "terapia" poszłaby w las (ciekawe, czy panie by to powiązały – przecież NIE NA NIĄ krzyczano...). Nieoczywiste może być także to, że straszenie karą może i daje efekt, ale tylko w danym momencie, a długotrwały niekoniecznie, wręcz i może być przeciwnie. Czy też i trzecia, dla niektórych mniej oczywista, sprawa – po dzieciach w ogóle nie powinno się krzyczeć (wow). Jasne, że nie musi wychodzić, bo ludzie to ludzie, a nie programy komputerowe, ale jest różnica między "nie wychodzi mi" a "mam to gdzieś".


Takie to sytuacje. Tacy fizjoterapeuci, pedagodzy.
To, na szczęście, tylko jedna strona medalu (w dodatku bardzo subiektywnie widziana).
O tym jednak może w następnym wpisie. :)

Bo COŚ się stanie.


UWAGA: Poniższy wpis lub treść zawarta na stronach internetowych umieszczonych pod wpisem u niektórych może wywołać PRZERAŻENIE. Należy wtedy udać się do ubikacji, przerażenie wrzucić do muszli i spłukać wodę. Należy to uczynić bezwzględnie i szybko, zanim przerażenie się przyklei. Następnie należy powrócić i zacząć myśleć. Przerażenie może pełnić funkcję diagnostyczną – może potwierdzać, że ostatnie słowa wpisu skierowane są do Ciebie.
Uwaga druga: Brak przerażenia nie świadczy o tym, że wpis nie był dla Ciebie. Pełni on bowiem również funkcję typu: "być może pomoże zrozumieć".

Gdzieś, nie wiadomo gdzie. 
Mieszka COŚ.
Oni boją się COSIA. Tak jak małe dzieci boją się duchów, jak boją się ściereczki poruszającej się na kaloryferze.
COŚ jest niebezpieczne.
Najgorsza rzecz, jaka może się przydarzyć, to jest stanie się. COŚ może SIĘ STAĆ i wtedy... wtedy to już pewnie będzie TAK STRASZNIE. Jeszcze straszniej niż teraz. Dużo straszniej. Tak strasznie, że nie będzie się dało nad tym zapanować.
Dlatego lepiej COSIA nie prowokować, nie obudzić go – wtedy może się nie stanie.

Bo wszędzie czai się śmierć.
Wszędzie.
To cud, że żyjemy. Przecież tak wiele rzeczy może uruchomić COSIA i wtedy ono, obudzone przez nas, SIĘ STANIE i może być wtedy nawet śmierć.
Wstajemy więc ostrożnie i już od samego rana uważamy by nie obudzić COSIA. COSIU jest czujne. My musimy być CZUJNIEJSI.

Budzisz się rano po przespanej na raty nocy. Śniło Ci się, że TO się sprawdziło. TO jest ciągle w Twojej głowie – walczysz z nim, ale ciągle wraca, ciągle wraca, ciągle wraca. Gdyby to zostało w Twojej głowie na dłużej – jesteś pewien – obudziłoby COŚ.
A właśnie Ci się śniło, że TO Cię pokonało. Wpakowało się pod Twoją czaszkę na dłużej. I wszystko stracone.
Wtedy się obudziłeś.
Już dobrze. Nie ma go.
Nie wdarło się.
JEST!
Nie ma.
JEST!
Nie ma.
JEST.
Nie ma, nie ma, nie ma!
Chwilę walczysz. Poszło sobie.
Teraz możesz wstać.

Rozglądasz się po pokoju. Na podłodze czai się śmierć. Idziesz do łazienki. Myjesz ręce. Oddalasz od siebie COSIA. Teraz jesteś bezpieczny. Możesz zjeść śniadanie.
Uważaj na lodówkę! W środku są jajka. Jajka to śmierć. Otwierasz lodówkę trzymając uchwyt tylko w jednym, konkretnym miejscu. Tam jej nie ma. Nie ma ptasiej grypy.
Masz ochotę na jajecznicę. Wyjmujesz masło i ser. Całe szczęście, że nie wiesz jak powstały. Nawet jeśli obudzą COSIA to nie będzie Twoja wina.
A to już dużo.
Zrobiłeś śniadanie. Czujesz ulgę. Włączyłbyś radio ale teraz tego nie zrobisz. Na radiu jest śmierć. Mały kawałeczek, ale jest.
Kto wie...
Na trasie kuchnia-pokój słyszysz dzwonek swojej komórki. Cholera jasna!! - o mały włos nie opuszczasz kubka z herbatą i talerza z kanapkami. Telefon to śmierć. Telefon nosi się ze sobą WSZĘDZIE. Telefon cały pokryty jest śmiercią. Telefon chodzi z Tobą do przychodni albo do autobusu, telefon spada na ziemię.
Odbierasz telefon. Trzydziestosekundowa rozmowa kosztuje Cię kolejne mycie rąk.
Wracasz. Na rękach masz jeszcze wodę. Wciągasz zapach mydła jak zapach ziół na uspokojenie. Czujesz ulgę. Już dobrze, już dobrze.
Siadasz na fotelu. NIE! NIE TAK! Bo przyjdzie TO, wejdzie Ci do głowy i zabierze Ci resztę Ciebie. Siadasz jeszcze raz. Teraz dobrze? Na pewno. Tak. Teraz dobrze. Chyba. No troszkę źle. Nie. CAŁKOWICIE ŹLE. Musisz wstać. Siadasz znowu. Już. Czas jeść.
Jesz śniadanie, przyszły trzy smsy (niech to...!). Kończysz jeść. Odkładasz do zlewu kubek i talerz. Odbierasz smsy. Teraz już możesz.


A więc masz szczęście, że żyjesz.
Nie powinniśmy istnieć.
Jakim w ogóle prawem udało nam się przetrwać mając dwa lata, kiedy wszystko, co dorwaliśmy, wkładaliśmy do ust?
Jak przetrwała ta cała rzesza ludzi, którzy nie posiadają wielce tajnej wiedzy 'COSIO-medycznej' i nie wiedzą, że jak tak zrobią, to stanie się COŚ? W dodatku oni... oni...
...oni mają komórki!
Jak żyją lekarze, którzy pracują w szpitalach, gdzie nawet w ścianach jest śmierć?
Jakim cudem nie wyginęliśmy już jakieś tysiąc razy, zawsze gdy panowała jakaś poważniejsza epidemia?


Zastanów się dobrze, zanim:
- opowiesz komuś o zarazkach nieśmiertelnych, zanim bezmyślnie zaczniesz ludzi namawiać do mycia rąk zawsze i wszędzie
- zaczniesz straszyć swoje dzieci, że jeżeli nie będą grzeczne, jeżeli nie zrobią czegoś idealnie tak a tak to COŚ SIĘ STANIE. Coś strasznego. Na pewno.
I wreszcie, zastanów się dobrze, zanim:
- zaczniesz myć klamki
- liczyć wszystko do trzech
albo do czterech
albo do pięciu.
Musisz sprawdzić, czy zakręciłeś kran trzy razy. 
Pierwszy raz możesz nie zauważyć. Drugi raz może Ci się zdawać.
Trzy razy daje Ci pewność.
- zaczniesz się bać panicznie podłogi.

Przecież wiesz:
Podłoga nie zabija.
Dlaczego zachowujesz się, jakby zabijała?
Ptasia grypa. Tylko " w razie kontaktu z naprawdę olbrzymim stężeniem wirusa" (W. Gut – mikrobiolog)
Dzieci lekarzy mają się całkiem nieźle.
Ludzie posiadają telefony komórkowe.

Tak – uważaj!
Tak – miej się na baczności!
Ale uważaj i miej się na baczności przed irracjonalnym strachem.
Pożre Cię zanim się zorientujesz.
Daj mu tylko okazję.
TO TY KARMISZ COŚ!
Jeżeli możesz przestać, przestań.
Natychmiast.
Nie licz, nie myj klamek.
Nie wiem, czy wszystko od razu...
Jeżeli nie możesz – szukaj pomocy.
Ono rośnie.
Ale nie jest na podłodze ani na komórce
ani na klamkach. Jest w Tobie.

Walcz zanim Cię zniszczy Twój własny strach. Miej odwagę przestać się bać COSIA.

www.zok.net.pl
http://www.nerwica-natrectw.info/