Sens i cel.
Na tym wszystko się opera.
W naszych działaniach szukamy sensu, celu. Gdy go znajdziemy - już wiele wygraliśmy.
A ja mam kryzys i regres.
Chwilowo moje pisadełka mi się nie podobają (to dzisiejsze na pewno do takich należeć będzie) - nie widzę w nich takiego sensu jak kiedyś (czy też nie potrafię ich takimi zrobić teraz). Do tego mam regres (mniejszy zasób słów niż za czasów "intensywnej edukacji" - tak w skrócie).
Muszę się rozpisać. Toteż i taki wpis o niczym popełniony zostać musi. (Wybaczcie.)
Regres może i minie bo ostatnio więcej czytam. Sensu szukać trzeba.
No i na całe szczęście
jest potrzeba.
A i nawet czas się znalazł.
Do tego otrzymałam od moich przyjaciół cudowny prezent urodzinowy w formie "zestawu małego pisarza" (zażyczyłam sobie na każda okazję dostać długopis - efekt: masa długopisów, materiały papiernicze i poradnik "Jak pisać" :))))
Tak więc nic tylko pisać.
Rozkręcę się, mam nadzieję, rozkręcę.
Z moich obiecanek cacanek z ostatniego wpisu niewiele wyszło. Trochę jednak czasu na kryzys też trzeba było sobie dać. :)
Nie wiem jak pisać, by nie stać się narzekadełkiem. To jedna z tych rzeczy, która mi teraz w pisaniu przeszkadza. Czasem to pisanie po protu nic nie zmienia - i to boli. Nie da się jednak o pewnych rzeczach milczeć.
Milczeć nie potrafię od kilku dni zwłaszcza na jeden temat. W Afryce giną ludzie. jedni drugich grabią, mordują, gwałcą. Wojna, to rzecz okrutna ale to nawet nie jest na zasadach wojny. Tam mordowani się bezbronni ludzie. Wciąż mam obrazy z "Shooting dogs" czy "Hotelu Rwanda" (dla mnie dwa bardzo podobne filmy - polecam którykolwiek). Opowiadają o tym jak 20 lat temu w Afryce zginęły setki tysięcy ludzi (szacuje się że od 800 tys. do ponad miliona). Jedni drugich wymordowali.
SETKI TYSIĘCY... ONZ nie zainterweniowało by temu zapobiec.
Dlatego krew mi się mrozi w żyłach, gdy słyszę o takich wydarzeniach jak w RCA. Plan dla Polskich misjonarzy, którzy tam przebywają? Ewakuacja. Oto jest pomysł MSZ na rozwiązanie sytuacji. Zostawcie ludzi (niech ich wymordują?) a wy uciekajcie. Dobra rada cioci Stasi.
Nie potrafię tego pojąć, że gdy umierają bezbronni ludzie "nie możemy temu zapobiec". (Oczywiście możemy wysyłać tabuny żołnierzy na wojny).
Wiele, wiele, wiele (a przynajmniej taką mam nadzieję) uczę się w pracy (pracuję jako nauczyciel wspomagający i wychowawca w gimnazjum). Problem w tym, że nie mogę o tym zbyt wiele publicznie pisać. jedno jest pewne - po dzieciach strasznie widać czy rodzice poświęcają im czas i uwagę. Bardzo.
Dzisiaj to są moje luźne, prywatne myśli. Muszę się rozkręcić, rozpisać ten blog.
Zaczęłam czytać Pismo Święte według jakiejś, podobno sensownej, kolejności. Na przykład chronologicznie najpierw powinno się czytać II Księgę Machabejską, a potem I (czy jakoś tak...). Znacie jakieś takie plany czytania Pisma Świętego?
A może jakieś pomysły na "blogowy kryzys"?
Luz, blues i niepoukładane zdania (i tak wygląda to lepiej niż pierwotna wersja w zeszyciku). "Porządek i metoda" to dzisiaj nie mój sposób na wpis.
Dobrego dnia/wieczoru Wszystkim. :)
Swingowis życiae to moja nazwa na życie kolorowe, w którym coś się dzieje. Każde życie może być kolorowe. Wszystko może być kolorowe. My kolorujemy szarą codzienność. Kolorować życie to nie to samo, co wypychać je kolrowopodobnym badziewiem. To odnajdywać sens i radość w codziennych sprawach. Kolorowe nie znaczy łatwe. Ale lepsze od pustki, ucieczki w szarość albo kolorowopodobne badziewia właśnie.
środa, 5 lutego 2014
niedziela, 27 października 2013
Luźne myśli i święci na facebooku
Najpierw luźne myśli. Najwyższy na nie czas bo w życiu nic nie napiszę. (to za krótkie, nie na temat, nie chce mi się, bla bla bla...)
Zmieniłam się. Odkryłam to w tym tygodniu.
Musze przyznać, ze niezależnie od tego, że nie są to tylko zmiany dodatnie - ta myśl mnie pociesza. Zawsze najgorsze dla mnie było dojście do wniosku, że "nic się nie zmienia". Oczywiście mam nadzieję, ze zmiany te jednak ogólnie, w bilansie, są na lepsze. Inaczej guzik warte takie pocieszenie.
Zdobyłam wczoraj na Targach Książki w Krakowie:
- autobiografię Chaplina (jedna z moich ukochanych książek)
- podpis Cejra* na książce dla taty
- utrwalenie powracającej starej miłości... do książek.
Znowu nastał czas... mylenia się mojego co do czasu, jaki mam na zegarku... ze względu na zmianę czasu, której nie uznaję (na moim zegarku pozostaje jedyny właściwy - letni).
...Jednak dzisiaj nie mam zamiaru narzekać. Uśmiecham się nawet do jesieni. To bardzo dużo.
Uczę się, że uśmiech to ważna sprawa. Do drugiego człowieka, do życia. I do siebie. Do siebie, tak. Ważna to sprawa.
Wciąż niestety rysuję siebie z dużą głową.** Może kiedyś będzie inaczej. :)
A teraz o Świętych na facebooku.
Jak już dzisiaj oznajmiłam wszem i wobec (czyli na statusie) bardzo mnie cieszy to, ze mam tylu znajomych, którzy "masowo" zmieniają swoje zdjęcia profilowe. " Na facebooku trwa akcja:
Magdalena - jak Maria Magdalena
Marta - (jeszcze nie wiem od której Marty, musze poczytac o nich, pewnie każda była ciekawa :D)
Maria - od Maryi, tak!
Bakhita (czwarte, nieoficjalne)
Budny :)
*Wojciech Cejrowski - ja tak sobie skracam, szybciej się mówi
** według Nory Rozdriguez dzieci, które rysują siebie na rysunkach z dużą głową, przejmują się (pewnie chodzi o to, ze nadmiernie) opinią innych.
Zmieniłam się. Odkryłam to w tym tygodniu.
Musze przyznać, ze niezależnie od tego, że nie są to tylko zmiany dodatnie - ta myśl mnie pociesza. Zawsze najgorsze dla mnie było dojście do wniosku, że "nic się nie zmienia". Oczywiście mam nadzieję, ze zmiany te jednak ogólnie, w bilansie, są na lepsze. Inaczej guzik warte takie pocieszenie.
Zdobyłam wczoraj na Targach Książki w Krakowie:
- autobiografię Chaplina (jedna z moich ukochanych książek)
- podpis Cejra* na książce dla taty
- utrwalenie powracającej starej miłości... do książek.
Znowu nastał czas... mylenia się mojego co do czasu, jaki mam na zegarku... ze względu na zmianę czasu, której nie uznaję (na moim zegarku pozostaje jedyny właściwy - letni).
...Jednak dzisiaj nie mam zamiaru narzekać. Uśmiecham się nawet do jesieni. To bardzo dużo.
Uczę się, że uśmiech to ważna sprawa. Do drugiego człowieka, do życia. I do siebie. Do siebie, tak. Ważna to sprawa.
Wciąż niestety rysuję siebie z dużą głową.** Może kiedyś będzie inaczej. :)
A teraz o Świętych na facebooku.
Jak już dzisiaj oznajmiłam wszem i wobec (czyli na statusie) bardzo mnie cieszy to, ze mam tylu znajomych, którzy "masowo" zmieniają swoje zdjęcia profilowe. " Na facebooku trwa akcja:
Wszystkich Świętych, nie Halloween!. Zmień zdjęcie profilowe na FB na wizerunek swego świętego patrona, zamiast obchodzić Halloween" (celowo zamieszczam cała nazwę). Pokazujemy światu, że warto świętować życie, nie śmierć.
O tym, że obchodzenie Haloween nie jest nikomu do szczęścia potrzebne, a wręcz niebezpieczne, można by pisać dużo. Jest na ten temat sporo stron informujących o źródłach tego "święta". Oczywiście zwolennicy (czy też "wszystkojednicy") mogą kontrargumentować, że "to tylko zabawa". Ktos mógłby powiedzieć, że wywoływanie duchów, to też tylko zabawa, a jednak ostrzega się (i słusznie!) przed nimi dzieci. Dlaczego z innymi mrocznymi "zabawami" miałoby być inaczej? Tak łatwo mówi się o tym, że trzeba być obiektywnym, a jednocześnie nie bierze się argumentów drugiej strony pod uwagę.
Ja w każdym razie się cieszę, z tej formy pokazania, że mamy coś lepszego, niż Halloween. Zawsze mi szkoda "niewykorzystania" uroczystości Wszystkich Świętych. Przecież to dzień, w którym przypominamy sobie o tych, którzy osiągnęli nasz wspólny (niezależnie od różnic między nami, naszych poglądów na pewne sprawy) CEL - Życie Wieczne. Mało tego - tak bardziej przyziemnie - to dzień, kiedy wszyscy mamy imieniny. ;D To też dzień, kiedy przypominamy sobie, na jak różne sposoby można być dobrym, a więc o tym, że każdy z nas jest wyjątkowy. :) Nie powinniśmy tego mylić z "Dniem Zadumy", zniczami i spadającymi w zwolnionym tempie liśćmi w tle, a cieszyć się, cieszyć się i jeszcze raz cieszyć się, że jest coś więcej niż piach, robaki i zielony kolor skóry pokryty wyschnięta krwią.
O tym, że obchodzenie Haloween nie jest nikomu do szczęścia potrzebne, a wręcz niebezpieczne, można by pisać dużo. Jest na ten temat sporo stron informujących o źródłach tego "święta". Oczywiście zwolennicy (czy też "wszystkojednicy") mogą kontrargumentować, że "to tylko zabawa". Ktos mógłby powiedzieć, że wywoływanie duchów, to też tylko zabawa, a jednak ostrzega się (i słusznie!) przed nimi dzieci. Dlaczego z innymi mrocznymi "zabawami" miałoby być inaczej? Tak łatwo mówi się o tym, że trzeba być obiektywnym, a jednocześnie nie bierze się argumentów drugiej strony pod uwagę.
Ja w każdym razie się cieszę, z tej formy pokazania, że mamy coś lepszego, niż Halloween. Zawsze mi szkoda "niewykorzystania" uroczystości Wszystkich Świętych. Przecież to dzień, w którym przypominamy sobie o tych, którzy osiągnęli nasz wspólny (niezależnie od różnic między nami, naszych poglądów na pewne sprawy) CEL - Życie Wieczne. Mało tego - tak bardziej przyziemnie - to dzień, kiedy wszyscy mamy imieniny. ;D To też dzień, kiedy przypominamy sobie, na jak różne sposoby można być dobrym, a więc o tym, że każdy z nas jest wyjątkowy. :) Nie powinniśmy tego mylić z "Dniem Zadumy", zniczami i spadającymi w zwolnionym tempie liśćmi w tle, a cieszyć się, cieszyć się i jeszcze raz cieszyć się, że jest coś więcej niż piach, robaki i zielony kolor skóry pokryty wyschnięta krwią.
Zapraszam Was do przyłączenia się do akcji. :)
Magdalena - jak Maria Magdalena
Marta - (jeszcze nie wiem od której Marty, musze poczytac o nich, pewnie każda była ciekawa :D)
Maria - od Maryi, tak!
Bakhita (czwarte, nieoficjalne)
Budny :)
*Wojciech Cejrowski - ja tak sobie skracam, szybciej się mówi
** według Nory Rozdriguez dzieci, które rysują siebie na rysunkach z dużą głową, przejmują się (pewnie chodzi o to, ze nadmiernie) opinią innych.
poniedziałek, 29 lipca 2013
Rio Na Śląsku
Uwaga,
poniższy wpis zawiera wiele informacji "banalnych",
oklepanych, słyszanych często być może przez Ciebie wielokrotnie.
"Banały"
te jednak maja to do siebie, że czasem któryś zupełnie nagle i
niepodziewanie może przeszyć serce.
Ot tak – na wylot.
Ot tak – na wylot.
Ta impreza to świetny pomysł. Jeżeli ie możesz być tam,
wykorzystaj epokę internetu i przeżyjmy to w łączności z
papieżemgdziesbliżej – w większej grupie, RAZEM. Wspólna
modlitwa, słuchanie papieża, zabawa. Wspólnota – to słowo klucz
tego typu imprez.
Oczywiście
żeby w pełno zrozumieć sens takich spotkań, trzeba w czymś takim
uczestniczyć. Ci, którym się to nie udało, maja przed sobą wiele
okazji, a być może najbardziej zachęcającą za trzy lata w
Krakowie. :)
Dlatego tez nie chcę robić tutaj (poza paroma zdjęciami) dokładnej relacji z "Rio na Śląsku". Chcę natomiast napisać o tym, co moim zdaniem najmocniej wybrzmiało podczas tych dwóch* dni. W myśl zasady: możesz powtarzać coś tysiąc razy, teoretycznie wszyscy (albo bardzo wiele osób) o tym wiedzą, ale pewnego razu do kogoś zupełnie nagle to dociera.
Przede wszystkim na "Rio na Śląsku" bardzo mocno został podkreślony temat głoszenia Ewangelii, a dokładniej sposoby Jej głoszenia. Bardzo się ciesze, z tego przypomnienia, że Słowo Boże głosi się przede wszystkim swoim przykładem, swoimi czynami.
Banał, nieprawdaż?
No więc... niekoniecznie.
Dosyć łatwo można wpaść w "chrześcijaństwo mówione". Takie, w którym chętnie podejmujemy dyskusję, zastanawiamy się jak przekazać Prawdę innym ludziom, bronimy naszych wartości. Wszystko to jest bardzo potrzebne z jednym tylko zastrzeżeniem. Jest DRUGO- a nie PIERWSZOrzędne. Najpierw jest nasza modlitwa i przykład. A o tym często można zapomnieć. Bo pewnie, że się modlimy, pewnie, że staramy się dobrze żyć, tylko tak jakoś trzy razy więcej gadamy niż robimy...
Druga sprawa to radość. Radość z bycie Chrześcijaninem. Rzecz wcale nie taka prosta, bo łatwo ją pomylić z euforią, z tym, że akurat jest fajnie, że piknie grają, słońce świeci i banan na twarzy.
Dlatego tez nie chcę robić tutaj (poza paroma zdjęciami) dokładnej relacji z "Rio na Śląsku". Chcę natomiast napisać o tym, co moim zdaniem najmocniej wybrzmiało podczas tych dwóch* dni. W myśl zasady: możesz powtarzać coś tysiąc razy, teoretycznie wszyscy (albo bardzo wiele osób) o tym wiedzą, ale pewnego razu do kogoś zupełnie nagle to dociera.
Przede wszystkim na "Rio na Śląsku" bardzo mocno został podkreślony temat głoszenia Ewangelii, a dokładniej sposoby Jej głoszenia. Bardzo się ciesze, z tego przypomnienia, że Słowo Boże głosi się przede wszystkim swoim przykładem, swoimi czynami.
Banał, nieprawdaż?
No więc... niekoniecznie.
Dosyć łatwo można wpaść w "chrześcijaństwo mówione". Takie, w którym chętnie podejmujemy dyskusję, zastanawiamy się jak przekazać Prawdę innym ludziom, bronimy naszych wartości. Wszystko to jest bardzo potrzebne z jednym tylko zastrzeżeniem. Jest DRUGO- a nie PIERWSZOrzędne. Najpierw jest nasza modlitwa i przykład. A o tym często można zapomnieć. Bo pewnie, że się modlimy, pewnie, że staramy się dobrze żyć, tylko tak jakoś trzy razy więcej gadamy niż robimy...
Druga sprawa to radość. Radość z bycie Chrześcijaninem. Rzecz wcale nie taka prosta, bo łatwo ją pomylić z euforią, z tym, że akurat jest fajnie, że piknie grają, słońce świeci i banan na twarzy.
A chodzi tu o inna radość. Taką, która rodzi się z wiary w to,
że mój Bóg jest potężny i mnie kocha. A ze mnie jest
maksymalna(!) szczęściara/szczęściarz, że o tym wiem. Wtedy to,
czy jest fajnie, mniej fajnie, czy w ogóle do bani schodzi na drugi
plan. Zmienia się perspektywa. (Tu by można pisać a pisać, więc
może innym razem).
Potrzecie konkretne pytanie: jaka jest MOJA misja, moje zadanie? W końcu przezywaliśmy Światowe Dni MŁODZIEŻY. To jednak może być pytanie jeszcze bardziej konkretne dla ludzi w każdym wieku: Jak ja, tu i teraz, mam wypełnić wolę Boga?
Mi "Rio na Śląsku" sprawiło niezły reset mózgu, jakiego i Wam, w Waszym życiu duchowym życzę.
A żeby pokazać coś niecoś jak to wyglądało (świetna organizacja, samo miejsce tez idealne) – kilka zdjęć. :)
Potrzecie konkretne pytanie: jaka jest MOJA misja, moje zadanie? W końcu przezywaliśmy Światowe Dni MŁODZIEŻY. To jednak może być pytanie jeszcze bardziej konkretne dla ludzi w każdym wieku: Jak ja, tu i teraz, mam wypełnić wolę Boga?
Mi "Rio na Śląsku" sprawiło niezły reset mózgu, jakiego i Wam, w Waszym życiu duchowym życzę.
A żeby pokazać coś niecoś jak to wyglądało (świetna organizacja, samo miejsce tez idealne) – kilka zdjęć. :)
| Zorba przed sceną :) |
| Przygotowanie do Mszy Św. - sobota. |
| Obraz wykonany przez uczestników zapisanych do sekcji plastycznej. :) |
![]() |
| Niedzielna Msza Św. prowadzona przez arcybiskupa Wiktora Skworca. |
| Jak widać Sióstr na Rio na Śląsku nie brakowało. :)) |
| Mecz Polska - "Brazylia". Wygrała Brazylia. ;) |
| Padłam. :) |
sobota, 20 lipca 2013
Częstsze wpisy mejbi bejbi czyli wyjaśnienie życia
Miały być częstsze, krótsze wpisy. Autorka jednak "poświęciła się" tak bardzo rozważaniom okołożyciowym, jękom i stękom, że najzwyczajniej w świecie załapała doła, a ponadto stwierdziła, że teraz na wiele tematów wypowiadać się nie może. Powolutku jednak idziemy ku "out of the dark" (taką Autorka ma nadzieję) i wpisy z małym opóźnieniem się zaczną pojawiać.
Dzięki wszystkim co polubili stronkę, zapraszajcie więcej jeśli tylko macie ochotę. na razie eksperyment "nie wypala", ale życie jest różne i dziwne więc może być różniście.
Dzięki wszystkim co polubili stronkę, zapraszajcie więcej jeśli tylko macie ochotę. na razie eksperyment "nie wypala", ale życie jest różne i dziwne więc może być różniście.
czwartek, 30 maja 2013
Marzy mi się...
Ciągle mi się marzy,
takie miejsce w przestrzeni internetowej, gdzie można sobie
podyskutować. Szczytem tego marzenia, rzecz jasna, byłoby to, że
mogłabym takowe miejsce stworzyć (na przykład byłoby tutaj).
Jest oczywiście kilka
przeszkód, jak to bywa z marzeniami, które nie od razu stają się
rzeczywistością.
Po pierwsze, nie umiem
ostatnio dobrze wykorzystać czasu, co wiąże się z tym, że blog
powoli zaczyna pokrywać się pajęczyną, więc też brakuje tematu
do rozmów.
Z tym można sobie
poradzić.
Po drugie - zasięg. Kameralnie
tutaj mamy. Znam wprawdzie strony, na których mogę pogadać, tyle że niekoniecznie zawsze na tematy, które mnie interesują.
Czy z tym można sobie poradzić, zobaczymy. To nie ode mnie już zależy, czy moje przemyślenia dadzą radę pobudzić Was do rozmowy (choć już czasem radę dawały, z tym że prywatnie, z czego się baaardzo cieszę) i jest to pewnie największe wyzwanie - ale o tym dalej.
A więc po trzecie wreszcie powód, dla którego ciężko mi znaleźć takie
miejsce także i na stronach odwiedzanym przez większa liczbę osób:
my już nie pamiętamy, co to jest dyskusja.
Sporo mamy stron internetowych,
gdzie można popisać i pokomentować. Wszystko fajnie, tylko po
pewnym czasie zaczyna się tam kłótnia i mądralowanie.
A mi się marzy dyskusja. Taka
prawdziwa.
Dyskusja to coś, co buduje, nie
niszczy.
Trzęsie mnie, gdy ktoś myli ja z
kłótnią. Krew mnie zalewa. (słynny już mój prywatny przykład,
kiedy zawzięcie dyskutuję z moją przyjaciółką a ktoś podchodzi
do nas i z zatroskaną miną przerywa nam mówiąc "dziewczyny,
nie kłóćcie się...").
Dyskusja jest nam potrzebna. Jest
szalenie ważna. Nikt z nas nie jest Alfą i Omegą, nie posiada
mądrości życiowej przebijającej dorobek ludzkości w takim
stopniu, by nie dowiedzieć się czasem czegoś nowego. Żyjemy z
innymi ludźmi i każdy z nas przeżył coś innego i W INNY SPOSÓB.
Warto wymieniać się doświadczeniami. Tym JEST dyskusja. Wymianą
poglądów, argumentów, doświadczeń. Często jest to wymiana
zawierająca krytykę, a jakże. Jednak zawsze taką, która zakłada
dobro drugiej strony. Taka wymiana, która poszerza horyzonty.
To, czym jest dyskusja. Warto jednak
też powiedzieć, czym ona nie jest. Dyskusja to nie:
-kłótnia, okazja do "zbesztania"
drugiej osoby, która ma inne poglądy, to również nie wyciąganie
z rękawa bezpośrednich ataków na drugą osobę wtedy, gdy brakuje
argumentów na poziomie nie dotykającym indywidualnie drugiego
dyskutującego.
- nie jest też obraźliwym
odnoszeniem się do tego, co dla kogoś jest ważne (bo krytyka to
zupełnie inna bajka),
- przekonywanie na siłę do mojego
i tylko mojego punktu widzenia, to również nie manipulacja (o tym
za chwilkę, bo będzie gwiazdeczka i drobny druczek do słynnego
"warto rozmawiać" - które to, samo powiedzenie, bardzo
lubię).
- i takie moje prywatne, blogowe/w
przestrzeni komputerowo-komentarzowej zdanie, nie musi być
podzielane: to otwartość na inne osoby komentujące. Jakoś mnie
irytuje dyskusja komentujący-autor artykułu z pomijaniem osób,
które próbują włączyć się w temat. Strasznie to destrukcyjnie
działa na rozwój dyskusji (po prostu nie wykorzystane zostają inne
spojrzenia).
I jeszcze obiecana gwiazdka do
"warto rozmawiać". Jak zwykle przepraszam, ale przychodzą
mi do głowy zawsze te najbardziej wyraziste, ale i skrajne
przykłady. Rozmawiać warto, rozwijać się warto, słuchać innych
poglądów warto. Ale nie zawsze. Warunek: to Cię buduje, nie
niszczy. Sorry, ale nie poślesz 15 latka (50 latka zresztą też) na
spotkanie sekty, żeby sobie posłuchał "innych poglądów",
bo "warto rozmawiać". Nie zawsze warto. Bo pamiętać o
swoich zasadach i, do jasnej ciasnej, wiedzieć w co się wierzy, w
sumieniu i sercu, też warto. A dzisiaj często to jest podważane.
"Wszystkiego trzeba spróbować".
A właśnie, że nie
wszystkiego.
Jednak, jak wspomniałam, to jest "gwiazdka do". Potrzebny komentarz, ale jednak mówiący o tym, czym dyskusja nie jest (a nie jest zapominaniem o tym, w co naprawdę się wierzy, strachem, że muszę zobaczyć wszystko, spróbować wszystkiego, bo jeszcze coś przegapię).
Jednak, jak wspomniałam, to jest "gwiazdka do". Potrzebny komentarz, ale jednak mówiący o tym, czym dyskusja nie jest (a nie jest zapominaniem o tym, w co naprawdę się wierzy, strachem, że muszę zobaczyć wszystko, spróbować wszystkiego, bo jeszcze coś przegapię).
A z całkiem innej paczki, dokładnie
w tym temacie: brakuje mi was. Bliższych i dalszych znajomych. Tych,
których znam od lat i tych, których na oczy nie widziałam, ale
zdarzyło nam się sensownie pogadać. Tych z bloków obok i tych z
rożnych części Polski. Brakuje mi rozmów. Wielu różnych, ale
zawsze z szacunkiem, rozmów.
A ponieważ znowu wpadłam w stan "poszukiwań życia" i jest wiosna (nie zima :)) to popróbuję sobie znowu coś tutaj ruszyć.
Robię, a raczej mam nadzieję, że ROBIMY eksperyment. :-)
A ponieważ znowu wpadłam w stan "poszukiwań życia" i jest wiosna (nie zima :)) to popróbuję sobie znowu coś tutaj ruszyć.
Robię, a raczej mam nadzieję, że ROBIMY eksperyment. :-)
Na początek pozmieniamy charakter
bloga. Częstsze wpisy, na różne tematy. Zaproszenie innych osób
do przyłączenia się.
Tylko, że tutaj nic nie uda się
bez was. Na razie to mi się marzy dyskusja, to mi się tęskni.
Mam jednak nadzieję, że nie jestem
w tym sama.
Że nie tylko mnie boli pochłaniające nas, szeroko rozumiane "ŻYCIE", w którym to nie mamy już czasu na wymianę poglądów, na rozmowę.
Że nie tylko mnie boli pochłaniające nas, szeroko rozumiane "ŻYCIE", w którym to nie mamy już czasu na wymianę poglądów, na rozmowę.
Nic się nie uda, jak nie będzie
się chciało wam gadać. ;D
Niewiele się też będzie dało zdziałać, jak nie pozapraszamy do dyskusji innych ludzi. Bo im nas więcej tym bogatsze dyskusje a raczej: szansa na rozpoczęcie i utrzymanie się dyskusyjnego charakteru komentarzy pod wpisem.
Dlatego ja zaczynam "robić swoje", a was proszę o pomoc, jeżeli tylko macie ochotę na projekt "Marzy mi się dyskusja". I tak:
- powstanie fejsbukowa (a jakże) strona o blogu, pozapraszajcie luda i poproście o zapraszanie luda i żeby luda zaprosił luda itd. :)
- częstsze wpisy (myślałam o różnych tematach, krótki wpisikach, ale to na razie chyba temat na osobnego bloga, a nie chcesz też stracić tego, co jest moje). A pewnie: nadal będzie dużo o Jezusie, o pedagogice, o różnych przemyśleniach mych. Wszak autorka się nie zmienia. Nie wierzę jednak, że nie macie w tych tematach (albo w innych, tak przy okazji) nic ciekawego do powiedzenia.
Niewiele się też będzie dało zdziałać, jak nie pozapraszamy do dyskusji innych ludzi. Bo im nas więcej tym bogatsze dyskusje a raczej: szansa na rozpoczęcie i utrzymanie się dyskusyjnego charakteru komentarzy pod wpisem.
Dlatego ja zaczynam "robić swoje", a was proszę o pomoc, jeżeli tylko macie ochotę na projekt "Marzy mi się dyskusja". I tak:
- powstanie fejsbukowa (a jakże) strona o blogu, pozapraszajcie luda i poproście o zapraszanie luda i żeby luda zaprosił luda itd. :)
- częstsze wpisy (myślałam o różnych tematach, krótki wpisikach, ale to na razie chyba temat na osobnego bloga, a nie chcesz też stracić tego, co jest moje). A pewnie: nadal będzie dużo o Jezusie, o pedagogice, o różnych przemyśleniach mych. Wszak autorka się nie zmienia. Nie wierzę jednak, że nie macie w tych tematach (albo w innych, tak przy okazji) nic ciekawego do powiedzenia.
- bardzo bym też chciała nie być
tutaj mądrującą się "autorką-świętą krową" - ja
tez chcę się czegoś nauczyć, też chcę się "poszerzyć"
(to akurat to ja prawie zawsze :D), więc wszelkie uwagi (zgodne
rzecz jasna z zasadami krytyki i dyskusji pod adresem bloga) mile
widziane.
Marzy mi się i mam już tego dość. Marzenia trzeba spróbować zrealizować. Zaczynam eksperyment. Czy się powiedzie? Zależy w dużej mierze od tego, czy to nie jest tylko moje marzenie.
Zależy od Was.
Marzy mi się i mam już tego dość. Marzenia trzeba spróbować zrealizować. Zaczynam eksperyment. Czy się powiedzie? Zależy w dużej mierze od tego, czy to nie jest tylko moje marzenie.
Zależy od Was.
niedziela, 31 marca 2013
Tu i teraz.
Jest
we mnie, odkąd otworzę rano oczy. Jest, kiedy myję zęby, kiedy
jem śniadanie. W drodze do pracy, w pracy, kiedy wracam do domu.
Gdy oglądam film, kiedy jem kolację. Ciągle.
Zaczęło się niewinnie. Może nawet nie pamiętasz kiedy.
Zaczęło się niewinnie. Może nawet nie pamiętasz kiedy.
Mogło
też być inaczej. Tak, że dokładnie pamiętam, jak i kiedy –
podjęta decyzja, jakaś fascynacja... Tłumaczę sobie, że nic się
nie stało albo że nic się nie dzieje. Mam nad tym kontrolę.
Potem
jest trochę gorzej. Pojawia się strach. Ciągły, kłujący. Coraz
częściej jest we mnie jakaś złość...
Ale
przecież życie toczy się dalej. Ciągle wstaję, jem, pracuję.
Więc
to nic wielkiego. Nic takiego. To minie, poradzę sobie.
I
nagle któregoś dnia mam dość. Lustro parzy moje oczy. Nie mogę
spojrzeć sobie w twarz.
Wmawiam
sobie, że jest inaczej. Uprawiam gapienie się w seriale komediowe.
Godzinami.
Albo piję. Dużo i często. Wtedy jest trochę lepiej. Chyba. Może.
Albo piję. Dużo i często. Wtedy jest trochę lepiej. Chyba. Może.
Czasem
dopiero wtedy zaczyna się moja walka. Moja prywatna wojna. Próbuję
się zmienić.
Porażka za porażką.
Porażka za porażką.
Tyle
prób za mną, wszystko na nic.
TEGO
się nie da zmienić. TEGO się nie da pokonać. TEGO we mnie
nikt i nic nie może pokonać.
Nikt
nie może mnie wyciągnąć z takiego bagna.
Mojego najgorszego smrodu, w którym tkwię po uszy. Tak, że już prawie nie pamiętam, jak to było przedtem.
Mojego najgorszego smrodu, w którym tkwię po uszy. Tak, że już prawie nie pamiętam, jak to było przedtem.
Beznadziejny,
niezasługujący na miłość, bez szans na zmianę.
Gdyby
nie jeden fakt.
Sobota
wieczór. W kościele ludzie już nieco znużeni. Liturgia dzisiaj,
delikatnie mówiąc, nieco dłuższa, niż zwykle.
A potem nagle, gdzieś w środku rozbrzmiewa "Alleluja".
A potem nagle, gdzieś w środku rozbrzmiewa "Alleluja".
Ludzie
wychodzą radośni.
Chrystus zmartwychwstał.
I mamy się z czego cieszyć. To dla nas coś oznacza TU i TERAZ.
Tu i teraz,
dla każdego z nas.
Chrystus zmartwychwstał.
I mamy się z czego cieszyć. To dla nas coś oznacza TU i TERAZ.
Tu i teraz,
dla każdego z nas.
Oznacza,
że każdy z nas
w
tym swoim bagnie,
w
tym swoim prywatnym największym smrodzie,
nie
jest beznadziejny, bez szans,
ale
że jest kochany przez Boga.
I nie ma takiego bagna, takiego gnoju, którego Jezu nie może pokonać.
Nie ma.
I nie ma takiego bagna, takiego gnoju, którego Jezu nie może pokonać.
Nie ma.
Tylko
to On to pokona, nie my sami.
Chrystus
zmartwychwstał, alleluja!
poniedziałek, 18 marca 2013
My
Kiedyś
miałam marzenie które, niestety, w tym życiu już się nie
spełni. Chciałam zobaczyć papieża Jana Pawła II. To był
taki "starszy pan", którego od razu polubiłam. Od
kilku dni mam nowe-stare marzenie. Znowu chciałabym zobaczyć
pewnego starszego pana, który urzekł mnie od pierwszych chwil
sprawowania swojej funkcji – papieża Franciszka.
Wystarczyło mi kilka minut, by tego pana polubić. W ciągu gestu trwającego może około minuty, ten człowiek zrobił przynajmniej trzy ważne rzeczy. Papież przed błogosławieństwem proszący o modlitwę – to jeszcze nie jest niezwykłe, ale papież, który prosi o tę modlitwę tu i teraz po czym pochyla się przed zgromadzonym tłumem – to rzecz niesamowita i bardzo mądra.
Po pierwsze: papież podkreślił wagę tego, bez czego nas nie ma. Nas - Chrześcijan. Wagę modlitwy. Pokazał jej miejsce, podkreślił, jak wielkie ma dla nas znaczenie.
Po drugie papież nie tylko powiedział, on od razu zrobił to, co trzeba. Nie mówił jak potrzebna jest modlitwa, ale to pokazał. Nie trzeba było głosić długiego kazania o modlitwie za swojego papieża. Wystarczyło powiedzieć: Módlcie się za mnie teraz. A potem pokazać: a ja, papież, pochylam się przed wami podczas tej modlitwy, tak jest dla mnie, dla nas, ważna!
I wreszcie po trzecie, dla mnie, bardzo ważne. Pokazanie nam: to nie ja, papież, się modlę, to MY się modlimy. A więc, to nie ja jestem Kościołem, to MY nim jesteśmy. Jestem Waszym przedstawicielem, ale bez was i bez NASZEJ wspólnej modlitwy Kościoła nie ma.
Ciągle
jesteśmy w lesie (i świeccy i księża) z tym, że to nie tylko
Duchowni tworzą Kościół, ale świeccy również. Nie chodzi
tu o samo bycie we wspólnocie ale o podejmowanie inicjatywy,
branie odpowiedzialności. Wciąż wielu z nas nie umie oderwać
się od standardowego obrazu typu: my-oni, pasterze – ich
owieczki (gdzie zagonią, tam iść trzeba i nie trzeba przy tym
za wiele myśleć). To nie tak.
Liczyłam na papieża, który sięgnie do korzeni, do podstaw Chrześcijaństwa. Do prostoty tego, co najważniejsze (choć nie do końca wiedziałam, co miałoby to oznaczać). Kościół ubogi dla ubogich, z modlitwą tak mocno podkreśloną to bardzo dobry start, dobry program – myślę, że to odpowiedź na moje oczekiwania.
Liczyłam na papieża, który sięgnie do korzeni, do podstaw Chrześcijaństwa. Do prostoty tego, co najważniejsze (choć nie do końca wiedziałam, co miałoby to oznaczać). Kościół ubogi dla ubogich, z modlitwą tak mocno podkreśloną to bardzo dobry start, dobry program – myślę, że to odpowiedź na moje oczekiwania.
Potem
będzie pewnie tylko trudniej. Tylko, że to nie jest tylko
problem papieża Franciszka. On nam pokazał, że my też
istniejemy, nie tylko jako tłum, ale jako jego współbracia.
To, co robimy, też jest bardzo ważne.
Nasza modlitwa za papieża, za Kościół, jest ogromnie ważna.
Nasza modlitwa za papieża, za Kościół, jest ogromnie ważna.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


